Zaczęło się wielkie odliczanie do meczu o Mistrzostwo Świata.

0
296

Nie ma co ukrywać. Przebieram już od dawna nogami na kilka wydarzeń szachowych, które odbędą się z końcem bieżącego roku. Najważniejsze dwa eventy, to oczywiście Drużynowe ME rozegrane na naszej ziemi, w Warszawie, oraz mecz o Mistrzostwo Świata w Szachach Anand – Carlsen, który zostanie rozegrany w indyjskim Chennai. Jako kibic cieszę się na oba wydarzenia, jednak jako komentator trzęsę się jak osika na wietrze, gdyż obie imprezy praktycznie się pokrywają. Chciałbym kiedyś w czasie tak gorącego okresu w światowych szachach po prostu usiąść wygodnie w fotelu, zrobić  sobie ulubionej kawy z mlekiem posłodzonej łyżeczką miodu i rozsmakować się w tych szachowych bitwach w całkowitym zapomnieniu. Mam jednak świadomość, że wielu z was nie wybaczyłoby mi podobnego podejścia do sprawy. Brak podzielnej uwagi to moje wielkie niedomaganie – kiedyś pewien Brytyjczyk, opowiedział pewną anegdotkę w związku z brakiem podzielnej uwagi, która, wszystko na to wskazuje, jest domeną mężczyzn (nie wiem czy robiono na ten temat naukowo weryfikowalne badania, jednak intuicja podpowiada mi, że jest coś w tym). Otóż, pewnego razu, wymieniony wyżej pan, smażył sobie jajecznicę na śniadanie, gdy nagle jego córka weszła do kuchni i zaczęła prowadzić z nim trudną rozmowę, wymagającą pewnej koncentracji oraz uruchomienia szarych komórek. W trakcie rozmowy zagadnięty brał do ręki to patelnię, to szklankę z roztrzepanymi jajkami, to solniczkę nie mogąc rozszyfrować kolejności wykonywania poszczególnych czynności. W pewnym momencie córka zapytała z niejakim zdziwieniem – „Tato, co ty właściwie chcesz zrobić??” Ten odparł – „Jak widzisz usiłuję rozmawiając z tobą, zrobić sobie jajecznicę…” Tak to może wyglądać w listopadzie – tutaj Warszawa, nasi juniorzy, seniorzy, lokalny patriotyzm, i tam wielka bitwa psychologiczna, wielkie szachy, głębia. Jedyna szansa w różnicy czasowej, może będzie można odetchnąć pomiędzy jednym a drugim.
 
Spójrzcie teraz na zegar odliczający czas do meczu Anand – Carlsen, który zainstalowałem na lewym pasku. Jak myślicie, dużo czasu pozostało do meczu, czy mało? Ja bym odpowiedział, że jest to kwestia relatywna. Zależy dla kogo – dla kibiców ponad sto dni wydaje się dość długim przedziałem czasowym. Dla pretendenta, Mistrza Świata i obu sztabów? Myślę jednak, że jest to ostatnia prosta. Tutaj nie można się  już mylić. Decyzje o wyborze tego czy innego debiutu, wariantu, które zostaną zastosowane w meczu, muszą być podjęte w oparciu o doskonałą analizę stylu gry przeciwnika, z uwzględnieniem jego preferencji, wręcz statystyk w jakich układach czuje się doskonale, a w których nie najlepiej.
 
Jeśli chodzi o styl gry Ananda, to imponuje mi jego, opanowana na niespotykanym poziomie, sztuka obrony poprzez umiejętne wygaszenie inicjatywy przeciwnika. Anand w przeciwieństwie do Carlsena, jeśli ma możliwość, zawsze chętnie idzie na komplikacje, szybko liczy i dba tylko o to, by w którymś momencie nie „przegiąć”. Atutami Mistrza Świata jest ogromne doświadczenie meczowe – to prawdziwy weteran pojedynków o najwyższą stawkę. Słabą stroną Ananda jest jego… wiek. Przyglądając się jego grze w ostatnich dwóch latach, odnoszę wrażenie, że następuje pewne przesilenie – fani Hindusa mogą się czuć zaniepokojeni zbyt dużą liczbą przeoczeń, podstawek, partii, które przegrał praktycznie w miniaturach. Dawniej było nie do pomyślenia, by Mistrzowi Świata coś podobnego się zdarzało.
 
Carlsen to przede wszystkim strateg. Strategicznie i w grze pozycyjnej w tym momencie nie ma sobie równych na świecie. Norweg, widząc możliwość wygrania partii w stylu kombinacyjnym, na ryzyku, i równocześnie mając możliwość wygrania w sposób pewny, wybierze możliwość drugą. Pozycje do których dąży, należą do bardzo złożonych, a często gra je wedle klasycznego obrazka – zdobywa lekkiego plusa i ogrywa strategicznie rywali. Carlsen najlepiej się czuje w grze środkowej i na styku gry środkowej z końcówką, choć mnie najbardziej urzekły jego wygrane w suchych, pozornie remisowych końcówkach. Słabe strony? Nie stwierdzono ;). Stwierdzono, stwierdzono! Ewidentnie słabym punktem Wikinga jest jego nieumiejętność gry decydujących partii. Pokazał to w szczególności turniej pretendentów, gdzie Norweg wręcz rozsypał się w ostatniej rundzie w pojedynku ze Swidlerem ( I ta dramaturgia! Gdyby Kramnik wiedział, że tak się to potoczy, z całą pewnością nie wybrałby tego debiutowego „dziwoląga” z Iwanczukiem w tej samej, ostatniej rundzie!)
 
 Sztab Ananda na sto procent odnotował tą słabość pretendenta. Kto wie, czy pod tym kątem nie zostanie ułożona strategia na mecz – przez pierwszą połowę meczu „suszyć”, by, gdy napięcie wzrośnie w ostatnich partiach, oczekiwać na emocjonalną rozsypkę pretendenta. Drugi element, którzy jedni uważają za słabość, drudzy za siłę, to podejście do debiutu „Mozarta Szachów”. Widać, że Carlsen nadrabia zaległości jak może, ale jego maniera gry często polega na jak najszybszym ustawieniu pozycji do gry, a wtedy decydują o jego przewadze czynniki wymienione wyżej. No więc, można rozpracowywać ten wielki spektakl na wszystkie możliwe sposoby, jednak trafić dokładnie w to, co się naprawdę wydarzy w Chennai, jest niezwykle trudno. Czekamy więc, na DME w Warszawie, czekamy na mecz o MŚ Anand – Carlsen. A jakie są wasze przedmeczowe scenariusze?