Triumf Grzegorza Gajewskiego na Festiwalu Mieczysława Najdorfa w Warszawie!!

0
391
Właściwie nie wiem kto zrobił ten krótki film na jednej z ruchliwych ulic Moskwy. Mamy ujęcie z chodnika na przechodniów, którzy spiesznie mijają miejsce w którym stoi filmujący. Na ulicy suną auta, wszystko to dzieje się jakby w przyspieszonym tempie, efekt jak z filmów z początków kinematografii. Nagle w oddali pojawia się dwóch mężczyzn – jednym z nich jest Vishy Anand, drugim arcymistrz Grzegorz Gajewski. Gdy zbliżają się do kadru widać jak są w siebie wklejeni – Wielki Mistrz i jego czasowe alter ego. Szli szybko pogrążeni w myślach, jakby nie do końca obecni w „tu i teraz”…

Bardzo spodobał mi się ten krótki film. Nasz szachista terminując u geniusza naszych czasów miał możliwość poznać szachy z najwyższej półki od zaplecza. Taka nobilitacja wyciąga szachistę łaknącego nowego impulsu twórczego z marazmu, zmusza do tytanicznej pracy i choć jest to praca dla kogoś, to setki godzin katorżniczej pracy nie znika, nie przepada. Wielu szachistów z pocałowaniem ręki rzuciłoby się w wir pomocy takiej legendzie światowych szachów. Grzegorz Gajewski to szczęście miał.

Warszawski Festiwal Miguela Najdorfa nasz arcymistrz wygrał pewnie, zresztą openy to jego specjalność. Na fecebooku napisał tak :”Mega się cieszę z tej wygranej zwłaszcza, że jak na mój szemrany styl, to grałem naprawdę solidne szachy.” Zwycięzców się nie osądza – to podstawowa zasada. Zupełnie mnie nie interesuje w jakim stylu wygrywa zawody ktoś, komu kibicuję. To jest zadanie przede wszystkim dla zwycięzcy, aby dokładnie, krytycznie przeanalizował swój występ, potem ewentualnie oceni tą grę kilku koneserów. Dla mnie, jako kibica, liczy się przede wszystkim skuteczność. Znam takich, którzy uwielbiają, gdy jego zawodnik, zawodniczka, zespół gra pięknie, cieszą się gdy w pięknym stylu na jakimś etapie kończą turnieje, nie wygrywając. Nie mam w sobie podobnych fantazji o tym by mój sportowiec „pięknie ginął”. Zdecydowanie wolę by brzydko wygrywał. Niech mnie mdli gdy oglądam jego grę ale niech wygrywa. Grzegorz Gajewski zdominował ten silny open, zwłaszcza w ostatnich rundach był niezwykle skuteczny, do końca zachował zimną krew. Moje gratulacje za ten turniej i powodzenia w kolejnych!

Decydujący mecz G.Gajewskiego z Hrantem Melkumyanem z Armenii. (fot. Lena Skrzypczak)

Tak trochę „pięknie zginął” Mateusz Bartel, który zagrał porywający mecz w ostatniej rundzie z Senguptą z Indii, remisując, ogólnie jednak rzecz ujmując, finisz miał słaby. Jesli chodzi o partię z ostatniej rundy chciałoby się rzec cały Mati Bartel. Partia już zwróciła uwagę arcymistrzów z całego świata – gdy ktoś ją obejrzy, nie będzie zdziwiony. Mateusz Bartel zajął miejsce dwunaste, choć pewnie liczył na więcej, gdyż od początku turnieju rozdawał karty.

Zawiódł, niestety, Kacper Piorun, który z pierwszym numerem startowym występował w roli faworyta. Dwudzieste trzecie miejsce to zły wynik, poza tym Kacper odnotował straty rankingowe. Nasz kadrowicz po raz pierwszy odbił się od szklanego sufitu na którym widnieje napis 2700+, jeszcze nie w tym momencie rozbita zostanie ta bariera. Na moje oko Kacper Piorun jest zmęczony – w ostatnich miesiącach grał dużo, wszędzie go było pełno, a do Olimpiady pozostały już tygodnie. Kacper Piorun napisał, że będzie starał się zregenerować przed najważniejszą imprezą roku.

Zaczął się Lake Sevan z Janem Dudą, który w tym właśnie momencie gra rundę pierwszą z talentem z U.S.A Samuelem Sevianem. Więc na tym przyjdzie nam się teraz skupić. Za jakiś czas Radek Wojtaszek powalczy w silnej kołówce w Rosji. A potem pozostanie nam oczekiwanie na rozpoczęcie bakijskiej Olimpiady. Uff.. gorąco mi się robi, gdy pomyślę, jakie emocje nas czekają…