„Opowieść Szarego Człowieka cz. I”

0
330



Pogoda niczym brzydka, nadęta ropucha, zawisła nad moim domem i tak sobie wisiała od dobrych kilku dni. Deszcz nie ustawał. Wyglądałem więc z rosnącym zniecierpliwieniem jakiegokolwiek ruchu w górnych warstwach atmosfery. Czas wolny postanowiłem spożytkować segregując papiery, dokumenty – hałdy, zwaliska nic nie wartej makulatury. Gdy zabrałem się na poważnie za robotę, przekonałem się szybko, że walczę z własną nieuwagą. Pozostawione na regałach reklamy z dyskontów sprzed paru lat, gazety: przeczytane, nieprzeczytane, niedoczytane, po które już nigdy nie sięgnę by je dokończyć, pożółkłe faktury – ileż się tego uzbierało od ostatniej, „ostatecznej” akcji czyszczenia tej stajni Augiasza! A potem  pewnie znów mnie poniesie w jakże mi znane manowce. Po opanowaniu chaosu nastąpi solenna obietnica, że już będę bardziej czujny, co jest w istocie samym jądrem nieuwagi i dalej rozpocznie się powolny, nieuchronny proces zbliżania się do stanu wymagającego kolejnej, wielkiej akcji sprzątania.

W pewnym momencie podczas porządków, niosąc pokaźne naręcze teczek z rachunkami zapłaconymi, zauważyłem gdzieś między papierami, na samym dnie jednej z szuflad, nieznaczny ruch. „Mysz, czy ki czort?” – pomyślałem. Odłożyłem teczki i sięgnąłem po leżący w pobliżu opasły katalog aut ciężarowych, zwinąłem go w rulon i zbliżyłem się powoli do szuflady. „Byle nie szczur, jeszcze się rzuci na mnie. Pewnie mysz. Raczej na pewno mysz”- przeszło mi jeszcze przez głowę. Powoli, dużym palcem stopy, (unosząc jednocześnie mój papierowy oręż) wysunąłem do samego końca szufladę i… w tej pozycji już pozostałem. Na dnie stała mała, wielkości szachowego laufra, ludzka postać. Był to mężczyzna, średniego wieku, w okularach i szarym prochowcu, sięgającym za kolana. Spoglądał na mnie przestraszonym wzrokiem znad okularów, które wisiały na samym końcu jego wydatnego nosa. Stałem zdębiały, a szok nie pozwalał mi wydusić z siebie ani słowa. Kłopotliwe, pełne napięcia milczenie przedłużało się. Wreszcie mały człowieczek odezwał się wskazując na moją uniesioną rękę:

– Twoja mina wyraża stan najwyższego zaskoczenia. Wyglądasz jak mąż, który zastał żonę z najlepszym przyjacielem. Jednak mordercy mi nie przypominasz. Chyba nie zamierzasz mnie pacnąć tym żurnałem? Raczej nie przeżyłbym tego…

– Słucham?? – wychrypiałem.

– Wygląda na to, że gdy mówisz „słucham”, w rzeczywistości nie słuchasz. Długo jesteś w stanie wytrwać w tej pozycji?

– To się nie dzieje naprawdę – powiedziałem do siebie powoli – Wczoraj wieczorem był bar, owszem, i tam mi pewnie dosypali czegoś, a teraz pękają ze śmiechu. I nawet się domyślam kto to zrobił.

– Jeśli to, co ci się wydaje, nie jest realne to i ty nie możesz być prawdziwy. Odłożysz wreszcie tę gazetę?

Tego już było za wiele. Osunąłem się na krzesło, odłożyłem katalog i zacząłem pocierać palcami nos, powtarzając cicho: ”Jest źle. Źle jest z tobą i już. Nie ma co się oszukiwać. Nie jest dobrze”.

– W takim razie zrób tak – kontynuował mały człowieczek – porozmawiaj ze mną. W końcu jeśli mnie nie ma, zniknę teraz lub za jakiś czas. Jeśli rozmowa potrwa dłużej, z każdą wymianą zdań twoja pewność będzie rosła. Rozumiesz, Popper i jego zasada falsyfikowalności…

Zebrałem się wreszcie w sobie i zwróciłem się wprost do małego jegomościa.

– Czy mógłbyś mi, jeśli łaska, wyjawić kim jesteś i co robisz w moim mieszkaniu?

– Nareszcie jakieś sensowne pytania. Jestem tutaj, ponieważ na razie nie mam możliwości powrotu do mojego świata. Wykluczyłem się z niego sam, gdyż owładnęło mną pragnienie… nie, to zbyt małe słowo… owładnęła mną obsesja zemsty na pewnym człowieku. Tak ważne są motywy postępowania – ja kierowałem się uczuciem, które zrujnowało moje życie. Przyglądasz się choć czasem motywom twojego postępowania?

– Noo, tak, zdarza mi się chwila refleksji nad sobą. A co masz konkretnie na myśli?

– Wieczorami widzę cię często, gdy siadasz do szachownicy, by trenować. Ja sobie siadam wtedy z boku, o tutaj, na tym albumie „Parki Narodowe Polski” tak, żebyś mnie przypadkiem nie zauważył i obserwuję cię.

– Piękne dzięki mały podglądaczu – przerwałem mu poirytowany – robisz dokładnie to, na czym wiele stacji telewizyjnych zbiło całkiem niezłą fortunę. Co ja mówię!? Gorzej! Tam uczestnicy chociaż wiedzieli, że będą podglądani i zgodzili się na to.

– Patrzę na ciebie, bo chcę cię dobrze poznać, nie dla taniej sensacji. A tak swoją drogą, człowieka można najlepiej poznać obserwując go, gdy jest sam. Spada wtedy wiele masek.

– Z tym akurat się zgodzę.

– Wracając do twoich wieczornych zajęć przy szachownicy – gdy analizujesz cudze partie, jesteś żywo zainteresowany, uśmiechasz się czasem. Gdy siadasz do własnych partii twoja twarz tężeje i ma zawzięty wyraz. Chcesz na swoich przeciwnikach wziąć srogi rewanż, prawda?

– No tak… Zgadza się, ale taki jest sport. Mam im oddawać punkty za darmo?

– Widzisz, chcieć wziąć na kimś rewanż to, w istocie, pragnąć zemsty. Zgodzisz się z tym? Od zemsty, do zemsty – taka jest twoja droga odkąd znalazłeś się w tym sporcie.

– Wiesz, teraz nie jestem w stanie spierać się z tobą o znaczenia słów.

– W takim razie opowiem ci jeden dzień z życia pewnego człowieka. To wiele wyjaśni. Może najpierw zrobisz sobie ulubionej kawy – z dodatkiem mleka i łyżeczką miodu? Musisz nieco ochłonąć.

– Nawet wiesz jaką kawę lubię. Ciekawe czego jeszcze się o sobie dowiem?

Miałem już udać się do kuchni, by nastawić czajnik, gdy znów ze zdwojoną siłą dotarło do mnie, w jak absurdalnej sytuacji się znalazłem. Pomyślałem – „Może i jemu zaproponuję kawę? Ale w czym mu niby ją podam? W naparstku?” Zostałem na miejscu. Sięgnąłem tylko po butelkę z wodą, z której upiłem niewielki łyk. Byłem jak zawodowy bokser po trzech, ciężkich nokautach.

– Jesteś gotowy? A więc, posłuchaj uważnie – powiedział mały człowieczek.



Cdn.