O spotkaniu dwóch wielkich Maestro!

0
274

Rzeczywiście, szachy mogą boleć i jest to ból natury egzystencjalnej, między innymi. Po przekroczeniu pewnej granicy w tym sporcie, powrót do świata „żywych” może stać się bardzo skomplikowany. Noblista Coetzee szybko zorientował się kim się staje za sprawą szachów i szybko opuścił ten grząski teren, podobnie Auster. W literaturze poziom wrażliwości jest inny i sprawy dla innych względnie proste dla ludzi pióra takie nie są i nie mogą być. W szachach wspinanie się na szczyt to mozolne zajęcie, jest to seria nie kończących się wzlotów i upadków, są zwycięstwa, spektakularne przegrane, które bolą, są nieprzespane noce i jest rozpamiętywanie. Żeby to wszystko udźwignąć trzeba być mocnym i trzeba kochać ten sport. To nie jest zajęcie dla każdego: w szachach, mówiąc zupełnie bez ogródek, trzeba mieć jaja. Żadne racjonalizacje po przegranych nie wchodzą w grę, gdy ktoś myśli poważnie, wszelkie dystansowanie się do swoich szachowych porażek, bagatelizowanie, prowadzi do zaułka bez wyjścia. Mówi się, że szachy to piękno, ale jak tu rozmawiać o pięknie wojny? Piękna jest symfonia Mahlera, twarz kobiety lub widok ze szczytu Ama Dablam w Nepalu ale rozmawiać na poważnie o pięknie substytutu zabijania, jakim są szachy? W jakim to sensie – że mechanizm zabijania jaki wypływa z reguł gry szachowej ma swoją wewnętrzną logikę? A można zabijać ładnie, estetycznie niszczyć przeciwnika? „Stary nie myśl tyle, w końcu zniszczyłem cię estetycznie! To była piękna partia! W ogóle, śpij tej nocy spokojnie i jeszcze raz dzięki za grę!” Podejmując wojnę z całym światem o prymat w tej wojennej grze zmieniamy się, ale w którym kierunku idzie ta zmiana? A kim bylibyśmy, gdyby szachy nie zafascynowały nas kiedyś tam, w przeszłości? Trudne pytanie. Przynajmniej dla mnie…

Pewnego razu po przegranej, ważnej przegranej, która odebrała mi ostatecznie szanse na bardzo wysokie miejsce w turnieju, wracałem spacerem do domu. Specjalnie wysiadłem kilka przystanków wcześniej, by dać sobie czas na przemyślenie paru spraw. Była noc, szedłem lasem, nad moją głową stał Orion, nad nim Plejady w Byku. Myślałem wtedy o tym, o czym nie powinienem w sumie myśleć w tym momencie, czyli o perspektywie, dystansie. Myślałem sobie: „Przegrałeś, mogłeś być trzeci, ale nie jesteś, ale popatrz tam, wysoko! W końcu Ziemia należy do niewielkiego układu lokalnego w Drodze Mlecznej, a 30 milionów lat świetlnych dalej jest galaktyka Sombrero i miliardy innych światów, a ty nie możesz się się po tym ciosie ogarnąć.” Niestety, takie myślenie to ucieczka, racjonalizacja, w ogóle potrzebna, żeby przetrwać, bo to nie były łatwe chwile, ale ucieczka, rejterada. Fajnie piszecie, na temat waszych szachowych doświadczeń, pod moim ostatnim artykułem, to ciekawa wymiana zdań. Chciałbym usłyszeć od was ciąg dalszy, a i ja nie omieszkam od siebie dołożyć kolejną porcję przemyśleń.

Czy wielki Maestro Najdorf spotkał się w Argentynie z wielkim mistrzem pióra Gombrowiczem? Obu los ustrzegł od niechybnej śmierci z rąk nazistów, obaj też odpłynęli statkami z Polski, gdy było to jeszcze możliwe. Ale nie razem. Zawsze mnie ciekawiło, czy spotykali się ze sobą, w jakich byli relacjach itd. Miałem kłopot, ze znalezieniem czegoś konkretnego, jakiejś notki, wzmianki. Dedukowałem, że w końcu rachunek prawdopodobieństwa wskazywał, że była na to niemała szansa. Dawno temu napisałem nawet o tym artykuł : http://psychologiaiszachy.blogspot.com/2012/11/o-spotkaniu-maestro-miguela-najdorfa-z.html pytając o to wprost. Tymczasem kilka dni temu ktoś, czytając rewelacyjne skądinąd „Dzienniki” Gombrowicza, trafił na mój artykuł nawet w tym samym celu – w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie czy panowie kiedykolwiek się spotkali i okazuje się, że tak! A nawet, wedle słów samego Najdorfa, byli przyjaciółmi! Czytelnik znalazł to w archiwum jednego z numerów „Podkowiańskiego Magazynu Kulturalnego”.

 Oto link z całym artykułem o Najdorfie: http://www.podkowianskimagazyn.pl/archiwum/najdorf.htm/. A w artykule Najdorf mówi Jackowi Żemantowskiemu tak:

  Miguel Najdorf:
 „Pewnego dnia otrzymałem telegram z Nowego Jorku. Samuel Reshevsky, też Polak z pochodzenia, mistrz USA i całej Ameryki Północnej, wzywał mnie na pojedynek o tytuł mistrza obu Ameryk. Poleciałem samolotem. Po wylądowaniu, w drodze do stacji metra, dostrzegłem w trafiku polską gazetę! Natychmiast ją kupiłem. Łaknąłem pisanego polskiego języka, mimo iż w Argentynie miałem stałe kontakty z Polakami, byłem w wielkiej przyjaźni z Witoldem Gombrowiczem, który czas między pisaniem „Transatlantyka” i ” Dzienników” chętnie spędzał nad szachami, bawił nas swoim wspaniałym humorem artysta Kazimierz Krukowski, popularny Lopek, rewelacyjny opowiadacz szmoncesów. Ale gazety po polsku dawno nie miałem w rękach. Co piszą? Może coś o mojej rodzinie? Może odnajdę jakiś ślad? (…)”

Dalej też jest bardzo ciekawie, ale ja już zatrzymam się na tym. A więc, spotkali się i nawet przyjaźnili! A jaka była ta przyjaźń? Obaj byli ludźmi o silnie zaznaczonym „ego”, zwykle, choć nie jest to regułą, takie przyjaźnie charakteryzują się częstymi spięciami, kłótniami, „wielkimi powrotami” itd. generalnie jest ciekawie, iskrzy, bo nikt nie chce ustąpić. Jak było między nimi? A może ktoś coś więcej na ten temat wie, może czegoś nie doczytałem?

Grają nasi w różnych turniejach, a imię ich brzmi legion. Czekam jednak na marzec – tam Aeroflot i turniej pretendentów w Moskwie. Wtedy przestawię zwrotnicę, ku uciesze większości, na tryby czysto sportowe. Już wiem komu będę kibicował szczególnie – Darkowi Świerczowi, a wy za kim trzymacie najmocniej?