„Noc Wielkiej Koniunkcji”

0
326

Było kilka minut przed północą, gdy rozedrganą nocną ciszę przeciął przeraźliwy dzwonek telefonu dochodzący z przedpokoju. Zerwałem się znad stolika szachowego, na którym stał piekielnie trudny układ Kaspariana  i szybko znalazłem się przy aparacie.

Okazało się, że dzwonił mój szef, który nie przepraszając nawet, że pomylił dzień z nocą, bezceremonialnie przedstawił stojące przede mną zadanie.

– Pojedziesz pomóc pensjonariuszom domu spokojnej starości na ulicy „X”. Od pewnego czasu placówką wstrząsa seria kradzieży. Złodzieje kradną lokatorom telewizory, telefony, pieniądze, wszystko co ma jakąkolwiek wartość i robią się coraz bardziej zuchwali…

– A jak wygląda okolica – przerwałem – zdaje się, że znam to miejsce. Z jednej strony budynek okalają ogródki działkowe, z drugiej jest dzielnica , którą zamieszkuje „element”. Trafiłem?

– Zgadza się i właśnie dlatego zwracam się do ciebie. Kiedyś opowiadałeś, że w podobnej okolicy się wychowałeś, znasz temat, więc powinieneś w miarę szybko opanować sytuację. Bierzesz to w ogóle?

– Oczywiście, jutro zadzwonię do Pana i ustalimy szczegóły. Teraz nie jest pora na długie rozmowy, właśnie minęła północ!

– A tak… rzeczywiście.. w takim razie do jutra – pożegnał się.

Był koniec sierpnia, jednak lato nie zamierzało odpuszczać. Chłodne ranki kontrastowały z pełnymi słońca, ciepłymi popołudniami. W powietrzu dało się wyczuć charakterystyczny aromat jesiennego przesilenia. W tym czasie spotykające się pory roku toczą odwieczny, trwający tysiące lat  spór o gasnącą zieleń liści, zapach ziemi, smak dojrzewających mirabelek..

Na drugi dzień, późnym wieczorem, byłem już w rzeczonym pensjonacie. Długi, jednopiętrowy budynek otaczał mały park z krótko przystrzyżonym trawnikiem i kilkoma ławkami. Stronę wschodnią terenu placówki okalały działki, w części południowej znajdowała się dzielnica, w której nie każdy mógłby zamieszkać. 

Dwadzieścia lat, z okładem, żyłem w podobnej okolicy i widziałem już wszystko. Lekcja jaką udzieliła mi „ulica” sprawiła, że stałem się odporny na wiele różnych zdarzeń, zajść, sytuacji, które niejednemu, ani chybi, zjeżyłyby włos na głowie. Mój układ immunologiczny przeszedł ewolucję, na końcu której osiągnąłem stan swoistej beznamiętności na obrazy, których byłem świadkiem. Zdaje się, że nie byłbym dobrym perypatetykiem, dopatrującym się w uczuciu zadziwienia nad światem początków myśli. Gdy, powiedzmy, idąc ulicą widziałem bójkę: trzech na trzech, w rękach „tulipany”, kawałki cegieł w zakrwawionych dłoniach, przechodziłem opodal absolutnie spokojny, spoglądając kątem oka na całe zajście niczym jakiś taoistyczny mędrzec. Na przestrzeni kilku lat, w najgorętszym okresie, kilku dzielnicowych rezygnowało z tych kilkunastu ulic, w końcu w domach czekały dzieci, a oni chcieli oglądać je jak dorastają. Jakie obrazy mogły jednak spowodować, że mój krok stawał się wolniejszy, a spojrzenie bardziej czujne? Na przykład, gdy stróże prawa, urządzili sobie dziki zachód, przytraczając jak do kulbaki, do tylnych drzwi milicyjnej nyski zaobrączkowanego, awanturującego się delikwenta, który musiał sprostać różnym prędkościom pojazdu, biegnąc za nim ile sił w nogach. Zdarzało się, że takie „włóczenie” kończyło się tym, że nieszczęśnikowi, który nie mógł nadążyć, nogi szły do tyłu i ten oto obraz już niewiele różnił się od scen z westernów. Tak. Podobne zdarzenia mogły wyrwać na krótką chwilę z codziennej rutyny, sygnał jednak musiał być mocny. Jednak ten, od czasu do czasu generujący różne surrealistyczne obrazy ekosystem, sprawiał, że życie w warunkach ekstremalnych po jakimś czasie stało się normalnością. Było jak „dzień dobry” sąsiada, który rankiem mija nas spiesznym krokiem w drodze do fabryki.


Po długim, wieczornym spacerze, postanowiłem, że zajrzę do budynku. Idąc wolno długim korytarzem w pewnym momencie stanąłem jak wryty, gdyż na końcu hallu zobaczyłem go. Mocował się z zamkiem swojego pokoju, energicznie przekręcając klucz to w jedną, to w druga stronę. Sylwetki był wątłej i kościstej, a jego energiczny sposób chodzenia, niewiele się różnił  od „ruchów” młodej osoby. Był już bardzo zaawansowany w latach, choć długie, spadające na ramiona, białe jak mleko włosy, odejmowały mu lat. Gdy mnie mijał, wyrzuciłem z siebie:

– Witam pierworazriadnika!

Tym razem to on znieruchomiał, spojrzał na mnie nieufnie i odpowiedział:

– To ty nie wiesz, że ja już od dawna nie gram w szachy? Teraz mam co innego na głowie.

– Nie ma przeciwników, czy chęci do gry?

– Parę lat temu przychodziło paru, ale słabo grali, to co ja będę na nich czas tracił? Teraz już nikt tu nie zagląda, może i dobrze, bo nie znoszę fuszerów.

– Na brak przeciwnika mam niezłą radę. Ja chętnie zagram z panem. – uśmiechnąłem się do niego.

-Nie mam czasu na szachy, a zwłaszcza w taką noc! – odparł nieco poirytowany.

– A cóż się ma wydarzyć tej nocy, że nie znajdzie pan czasu na grę, która kiedyś była dla pana wszystkim? – zapytałem.

-To ty nie wiesz? Dzisiaj jest Noc Wielkiej Koniunkcji. Tej nocy Mars znajdzie się najbliżej Ziemi od czasów prehistorycznych! – wyrzucił z siebie jednym tchem.

– Wiem. Jednak  Mars ma się znaleźć najbliżej Ziemi w okolicach godziny dwudziestej trzeciej. Mamy jeszcze dobre dwie godziny na grę – odparłem. Popatrzył na mnie uważniej i odparł.

– Jak tak chcesz grać, to może i zagram z tobą, ale ja z byle kim nie gram.

– Myślę, że będę dla pana równorzędnym przeciwnikiem – powiedziałem szybko, by go nie spłoszyć.

-Tędy – ręką pokazał kierunek.

„Ś” nie szukał od wielu lat przeciwników do gry w szachy. Polował na nich jak szczupak, który woli na płyciźnie, nieruchomo, tuż obok kępy moczarki kanadyjskiej, czatować na swoje ofiary. Teraz nastał czas uczty.

 Szachownica była gotowa do gry. Zanim jednak wykonałem pierwszy ruch, „Ś” włączył płytę z utworami okresu przedwojnia. Grał bardzo dobrze, mnie jednak z niemałym trudem przychodziła koncentracja na grze. Nagle wszystko (to chyba za sprawą donośnego wokalu Kiepury) stało się całkowicie nieprzejrzyste. Muzyka. Co się dzieje z tymi zapomnianymi przez ludzkie ucho taktami, których nikt już nie słucha? Gdzie się podziewają? W którym z wymiarów znajduje się muzyka niesłuchana już, porzucona, mająca swoje pięć minut wieki temu? Teraz już nikomu nie podryguje noga, nikt się nie rwie do tańca, słysząc te nuty. Nie wiem, ale ona gdzieś tam przecież jest.

Z „Ś” szybko musiałem bronić trudnej pozycji. Walczyłem zaciekle, gdyż przegrana oznaczała, że „Ś” straci ochotę do dalszej gry ze mną. Ostatecznie stanął remis, choć będąc bez piona w końcówce wieżowej, znalazłem drogę do wygranej dla czarnych. „Ś” na całe szczęście jej nie znalazł.

Opuściłem go po tej partii. Zbliżała się Wielka Koniunkcja. Gdy wyszedłem przed budynek, otoczył mnie pierwszy nocny chłód potęgowany przez gęste zarośla, które rosły wzdłuż ogrodzenia. Spojrzałem w niebo. Na wschodzie, stałym, mocnym blaskiem świecił Mars, który będąc blisko Ziemi utracił swój rdzawoczerwony kolor. Gdy już miałem pójść dalej wzdłuż ogrodzenia, znów go zobaczyłem. Stał na balkonie, z rozkładaną lunetą w dłoniach, wychylony, niczym żeglarz Jamesa Cooka, który z bocianiego gniazda wypatruje oczy w poszukiwaniu nowego lądu. Kończyła się ta dziwna noc. Od strony dzielnicy słychać było głośne krzyki i trzask rozbijanych butelek…