Nienasycenie

0
511
Wszystko płonie! Co płonie? Oko płonie. Forma płonie. Świadomość wzroku płonie. Postrzeganie form płonie. I cokolwiek jest, co powstaje w zależności od kontaktu wzrokowego – doświadczane jako przyjemność, ból lub ani przyjemność, ani ból – to także płonie. Czym płonie? Płonie ogniem namiętności (…) płonie, mówię wam, narodzinami, starością i śmiercią, smutkiem, lamentem, bólem, zmartwieniem i rozpaczą. Ucho płonie. Dźwięk płonie. (…) Nos płonie. Zapach płonie (…) język płonie. Smak płonie. (…) ciało płonie. Dotyk płonie (…). Umysł płonie. Myśl płonie (…). Oto, co rzekł Błogosławiony. Uradowani mnisi rozkoszowali się słowami Błogosławionego. I kiedy dano im to wyjaśnienie, serca tysiąca mnichów przez wyzbycie się przywiązania zostały w pełni oczyszczone ze skalań.”

                                                                                                               Budda  „Sutra ognia”

Jest to historia trwającego od dłuższego już czasu głodu – wilczego apetytu na idealną partię szachów. Myśląc o tym, przypomniały mi się losy pewnego południowoamerykańskiego poety, który z trudno wytłumaczalnym zapamiętaniem, włóczył się po świecie, by usłyszeć idealny dźwięk gwizdu elektrowozu, czy też lokomotywy, który miał dotrzeć do jego uszu z oddali. Słyszał już wiele razy ów słynny gwizd z daleka w różnych miejscach, ale żaden dla niego nie był tym, dla którego opuścił dom, by udać się w nieznane.
Ale czym jest owa „partia idealna”? Czy chodzi w niej o jakiś wspaniały kombinacyjny atak, gdzie stawia się przeciwnikowi „mata”, mając tyle materiału na szachownicy co pieniędzy w portfelu na dzień przed wypłatą? Czy też w tej mitycznej „partii idealnej” mowa jest o subtelnej, pozycyjnej grze, którą dusimy swojego przeciwnika w uścisku anakondy, a ten wreszcie wpada w przedśmiertny paraliż zwany zugzwangiem? Grając jednak tak nie zagramy siak – matując w dwudziestym posunięciu wrażego króla, o uroku zugzwangu możemy zapomnieć i odwrotnie – to dwa różne szachowe światy. O co właściwie w tym chodzi? Żeby czegoś szukać, trzeba mieć jakieś wyobrażenie, o tym czego poszukujemy. Nie tak? Z drugiej strony cóż to za poszukiwania jeśli z góry wiemy czego pragniemy? Sam nie wiem do końca jak powinna wyglądać ta partia w moim wykonaniu, bo, rzecz jasna, mówię o tych poszukiwaniach w kontekście mojej twórczości. Zagrałem już wiele partii – kompletnie złych, nienajgorszych i takich, których naprawdę nie powstydziliby się bardzo dobrzy zawodnicy. Szachiści moich okolic znają mnie – po dobrej partii często podchodzę, mówię: „Co? Nieźle poszedłem z nim? Widziałeś to „b6″ z ideami..” I tu wymieniam jakimi. Rozmówcom, owszem, podoba się, chwalą. Ja jednak mówię jedno, a w myślach już szukam co jednak w tej partii było „nie tak”. I znajduję. A to przeciwnik nie postawił mi zbyt wysoko poprzeczki, nie bronił się, a mógł. A to ta moja kontynuacja była słaba z uwagi na… i tu liczę w głowie warianty. Tak. To nie było dokładne. I wreszcie na sam koniec konstatuję: „Nie. To jeszcze nie była „partia idealna”…
I szukam dalej, grając, jeżdżąc na turnieje. Jest  jednak w tym nienasyceniu coś dobrego. W takiej wiecznej pogoni za nieuchwytnym, chcę skrócić tą drogę treningiem, podnoszeniem umiejętności, bo tylko ich odpowiednio wysoki poziom, może doprowadzić do sytuacji, w której taka partia będzie miała szansę ujrzeć światło dzienne. Czy ujrzy? Nie wiem. Nie jestem przekonany, czy w ogóle kiedyś spod mojej ręki wyjdzie coś takiego, co mnie w stu procentach usatysfakcjonuje, zarówno pod kątem estetycznym, sportowym, matematycznym jak i każdym innym. Nie wiem też, jakbym się poczuł, gdybym wreszcie stworzył z moim przeciwnikiem takie dzieło. Czyż nie byłoby tak, że nacieszyłbym się tą partią, opowiedział o niej, opublikował i… znów poczuł jeszcze większe pragnienie? Oko płonie, umysł płonie, myśl płonie, smak płonie, dotyk płonie…