Na dopalaczach – post scriptum

0
436
Pisząc moje teksty myślę równolegle – z jednej strony myślę co piszę, z drugiej zastanawiam się, co pomyśli o tym czytelnik. Z tej dość dziwnej dialektyki nie mogę niekiedy wybrnąć, gdyż moje myślenie o przyszłej reakcji czytelnika, zmienia mój początkowy pomysł na artykuł i często kończę nie tam, gdzie zamierzałem zakończyć. To taka trochę droga na przełaj, czy też „polna droga”, która niekoniecznie musi gdzieś zaprowadzić. Nie jeden raz, robiąc tak właśnie, spałem w szczerym polu, ale, choć może nie było mi za wygodnie, nigdy w takich okolicznościach nie narzekałem na nudę… 
 
 Od dłuższego czasu jest we mnie przekonanie graniczące z pewnością, że gdybym te same słowa powiedział publicznie tym samym odbiorcom, którzy czytali dany tekst, nie widząc mnie, ich recepcja mojego przesłania byłaby diametralnie inna. Żyjemy w postmodernizmie i każdy bez wyjątku, jeden świadomie, drugi mniej świadomie, jest spadkobiercą Derridy – teraz wydaje się, że wszystko może być tłumaczone i interpretowane w dowolny sposób, wedle indywidualnych kryteriów. Pisząc mój ostatni tekst na początku byłem przekonany, że nie dopuszczę do wielogłosu w sprawie dopingu, że sprawa jest tak oczywista jak to, że mat w szachach kończy grę. Jednak pod koniec układania tych paru zdań, siedząc przed ekranem monitora, myślałem już inaczej: „Achaa, żebyś się czasem nie zdziwił! Na pewno ktoś walnie odłamkowym, że aż cię zetnie z nóg”. Klikając „opublikuj”, byłem wręcz pewny, że coś się wydarzy, że tekst nie zostanie przyjęty przez aklamację.
 
 No i dalejże w tany – po kilku komentarzach pod postem (które czytałem po kilka razy, bo myślałem, że mi się w oczach mieni) zacząłem się zastanawiać jakimi motywami względem szachów kieruje się osoba, uważająca wszelkiego rodzaju afery, za sposób dotarcia do szerszej rzeszy fanów. Według mnie za takimi poglądami musi się kryć potężna desperacja, najprawdopodobniej wypływająca z niezbyt przyjemnej świadomości, polegającej na tym, że sport, który fascynuje, znajduje się na obrzeżach świadomości społecznej, nie jest w centrum uwagi. Jak ktoś może mieć serce do dyscypliny, którą chce narazić na jeszcze większą śmieszność, byleby zyskała krótkotrwałą uwagę zmiennego społeczeństwa? To przypomina trochę sytuację, gdzie jest matka i córka – stara panna na wydaniu, obie mieszkające w jednej chatce. Córki, tyleż skromnej, co pięknej, nikt nie chce i zniecierpliwiona matka każe jej przez okno wystawić kawał tyłka, że może wreszcie jakiś kawaler dojrzy, zaciekawi się, zajdzie i może, kto wie, nawet poślubi. Problem jest taki, że owa córka prowadzi zbyt bogate życie wewnętrzne by posłuchała matki i poszła na tanie, wulgarne sztuczki. Szachy to sport piękny, który prowadzi już od kilkuset lat bogate życie wewnętrzne i to raczej problem świata, nie szachów, że te ostatnie nie znajdują się w centrum uwagi bardzo szerokiej rzeszy odbiorców. To świat ma problem, nie szachy – szachy dobrze się mają, jak każda inna dziedzina sztuki – to co skomplikowane, złożone, piękne, jak filozofia, poezja, muzyka nigdy nie znajdzie większej liczby fanów niż inne, bardziej wulgarne sposoby zabijania nudy. Jest jeszcze jeden aspekt – wychowawczy i choć piszę o nim na końcu, to jego miejsce powinno być na początku. Jeśli pisze się coś, to moim zdaniem pierwszą rzeczą powinien być namysł: kto to przeczyta i jaką reakcję to wywoła. Gdy przeczyta taki wielogłos komentarzy młody sportowiec może pomyśleć – „Przecież to nie jest oczywista sprawa! Jeden mówi tak, drugi siak. Może i ja bym spróbował jak tamten? Może mnie nie złapią?” I co wtedy? O to nam chodzi? Tym torem mamy iść? Pisać cokolwiek co ślina na język, byleby się tylko wyróżnić i nie ważne, jakie reakcje to wywoła w młodym umyśle, gdy to przeczyta? Myślcie, na Jowisza, co piszecie, myślcie!!