„Czasowstrzymywacz”

0
439

 Całych, wielkich  połaci przeszłości nie pamiętam. Pór roku, miesięcy, dni… Nie pamiętam co się ze mną działo, jak to się wszystko odbywało, w czym uczestniczyłem. Komu i co powiedziałem, komu czego nie powiedziałem, gdzie poszedłem, a gdzie się nie udałem, kto się uśmiechnął na mój widok i czemu, a kto widząc mnie  z daleka, trząsł się za złości i dlaczego.
 
 Zostały same strzępy, na które składają się jakieś ważne zdarzenia, chwile, pobyty w miejscach innych od tych, które znaczy codzienność. A może to zależy od ociężałości myśli, która poddana ziemskiemu prawu grawitacji, nie jest w stanie ulecieć gdzieś w przestworza, na taką odległość, by nie mieć już wątpliwości do jakiego porządku należy? Ale linia myśli, to przecież linia materii i grawitacja oddziałuje na myśl, powodując, że z takim trudem wzlata. Przynajmniej w moim świecie tak się dzieje, mój świat takie ma prawa. 

Może byłoby zupełnie inaczej, gdybym znalazł się w innym układzie, o znacznie mniejszej masie? Może wtedy nie byłoby takiego strasznego spustoszenia, sita. Może ta niepamięć jest jakąś instynktowną walką z prawem przemiany, któremu podlega natura Wszechświata? To trochę tak, jak w jednym z opowiadań Borgesa, w którym pewien skazaniec chciał doprowadzić swoje dzieło do końca i w momencie tuż przed egzekucją, dostaje taką możliwość, gdyż wszystko się zatrzymuje, staje w miejscu. Wydmuchany przez jednego z żołnierzy papierosowy dym, układ chmur, który już więcej się nie powtórzy, zachodzące słońce, przebiegający opodal pies. Wszystko nieruchomieje. W tym momencie skazaniec dostaje czas, by w swoich myślach dokończyć swoje dzieło…
 
Domostwa stoją, drzewa, krzewy pną się ku Słońcu  i są Yin. Nad tym wszystkim płyną chmury, obraca się kosmos i to jest Yang. Pozostaje dać nura w teraz – nie myśląc, nie analizując po raz kolejny, czy życie złożone z iluś tam terazów, zostanie zapamiętane. Czyż nie lepiej to wszystko zacząć smakować i przestać wreszcie walczyć?
 
Ten powrót jest pełen pokoju;
To droga natury,
Wieczne więdnięcie i odradzanie.
Rozumienie tego przynosi oświecenie,
Nieznajomość tego przynosi niedolę.
 
 
To pamiętam – (niewątpliwie ważny moment w moim życiu, skoro pamiętam) bardzo dawno temu wpadłem  po raz pierwszy na turniejową salę zdyszany i od razu poczułem się odmiennie. Coś było nie tak. Coś mi bardzo nie pasowało i nie chodziło o dziwną ciszę tego pomieszczenia, kontrastującą ze zgiełkiem ulicy, z której do tej domeny zaszedłem. Słychać było lekki szum zegarów, ale i o to nie chodziło. Przytłoczył mnie jakiś ogromny ciężar, wiszący nad głowami grających. „Co to jest do kroćset? Co to wisi, kłębi się, trzeszczy na wysokości powały tej sali?” – myślałem intensywnie.

 Wtedy nie wymyśliłem. Teraz jednak wiem, lub, może raczej, wpadłem na trop tej niewidzialnej osobliwości.

Bo oto zobaczcie. Gdy na sali siedzi wielka postać, wielki wojownik entropii – sędziwy już, legendarny Wiktor Korchnoi, to nad nim kłębi się wielka pętla, wielki, nierozplątywalny węzeł gordyjski czasu. Czasu od Wielkiego Wybuchu do teraz, czasu biologicznego, czasu metafizycznego, czasu jego umysłu, którym od urodzenia posługuje się do bezwzględnej walki z drugą zasadą termodynamiki. W tej pętli są jeszcze inne czasy. Czas teraźniejszy, czas upływający Wielkiemu Mistrzowi na zegarze szachowym. Dziwny, krzywy, skręcony czas, którym żyją figury na szachownicy, liczony w tempach. Czas zakrzywiony przez materię, który w innych układach płynie inaczej, wolniej lub szybciej, w zależności od ich masy. To chyba to się tam kłębi.
 Wielka wojna z entropią trwa. Na życie, na śmierć…