Chińczycy i Rosjanki ze złotymi medalami olimpijskimi!

0
451

 

I to już koniec Olimpiady. Szybko zleciało, ale tak to już jest, że fajne wydarzenia mijają jakby kto z bicza trzasnął. Kto mocno zaangażował się w kibicowanie, zapewne będzie cierpiał przez kilka dni na syndrom odstawienia sportu szachowego z najwyższej półki.
 
 Dla fana szachów zawody były przeprowadzone perfekcyjnie. Nie mówię teraz o tym, czego nie dostawało na miejscu, o tym nie wiem, o tym wypowiedzą się sami szachiści. Po ostatnim PŚ rozegranym w tej samej miejscowości, elita światowa nie pozostawiła suchej nitki na organizatorach. Mowa była nawet o tym, że arcymistrzowie z uwagi na monotonną dietę musieli dojadać na mieście. Na Olimpiadzie raczej nie miały miejsca podobne wpadki – o takim czymś szybko zrobiłoby się głośno. Z punktu widzenia fana szachów, którzy siedzi przed ekranem laptopa, wszystko było w jak najlepszym porządku. Był przekaz live z turniejowej sali w jakości HD, były barwne komentarze  GM S. Szypova, (komentował też Aleksander Moroziewicz) była transmisja z wszystkich desek z analizami modułów. Nie wiem jak wy, ale ja nie narzekałem.

(Małe sprostowanie po dwóch dniach. Jednak aż tak fajnie w Tromso nie było – Aronian narzekał na straszny gorąc na turniejowej sali. Okazało się, że na zawał serca zmarł w  czasie ostatniej rundy, grający na drugiej szachownicy reprezentant Seszeli Kurt Meier. Ceremonię zamknięcia Olimpiady poprzedziła minuta ciszy. Poza tym tuż po ceremonii zamknięcia zawodów w pokoju hotelowym znaleziono martwego szachistę, reprezentującego federację Uzbekistanu Alishera Anarkułowa. Miał 45 lat.)



W turnieju „OPEN” triumfowali Chińczycy – drużyna nie złożona, jak Rosjanie, z jakichś galaktycznych nazwisk, z rankingami, które zwalają z nóg. Oczywiście, to arcymistrzowie znani (teraz jeszcze bardziej!) ale na miano szachowego Realu Madryt raczej nie zasługują. Najlepiej punktowały w tym zespole deski środkowe: fenomenalny Yu Yangyi oraz Ding Liren. Obaj zanotują bardzo duże wzrosty rankingowe po tym turnieju. Na drugim miejscu znalazła się reprezentacja Węgier, na trzecie miejsce wskoczyły dość niespodziewanie Indie. Największymi przegranymi tego turnieju są Rosjanie, którzy mieli skład marzeń, jednak czwarte miejsce to dla nich porażka. Często śledzę rosyjskie serwery szachowe, dlatego jestem więcej niż pewny, że za kilka dni znów rozpocznie się w Rosji narodowa debata nad męską sborną, analizowanie przyczyn itd. Niejeden artykuł zostanie na ten temat napisany, niejedna głowa pochyli się z uwagą nad występem Rosjan w Tromso.
 
W turnieju kobiet Rosjanki od ładnych paru lat dominują i ciężko z tym zespołem rywalizować na równych prawach. Ależ potencjał ma ta drużyna! W wyniku konfliktu z trenerem Sergiejem Rublewskim nie wystąpiły siostry Kosintsevy, jednak nie miało to większego wpływu na grę i rezultat. To jest dekada Rosjanek, to jest ich czas – szachistki z Rosji zapisują się złotymi zgłoskami na kartach najnowszej historii szachów. Drugie miejsce zajęły Chinki, trzecie Ukrainki. Status quo w światowych szachach zostało zachowane – taki jest, mniej więcej rozkład sił w szachach w XXI wieku.
 
Polacy skąd wyruszyli, tam i powrócili. Gdy zaglądałem na codzienne relacje na serwerze Chessbrains oraz te na stronie PZSzach, miałem wrażenie, jakbym czytał o zupełnie innej drużynie. Niemoc naszych reprezentantów jeśli chodzi o wygrywanie była ogromna. Mateusz Bartel grał na ostatniej desce by, jak to się mawia w szachach „kosić chwast”, a wygrał zaledwie dwie partie. Chodziło o to, by w kluczowych momentach wygrywał, dał przeciwwagę, dorzucał jednak do wspólnego worka tylko „połówki”. Podobnie rzecz się miała z naszą drugą szachownicą, Grześkiem Gajewskim. Dużo remisów z niżej notowanymi rywalami, jedna ważna wygrana z Cheparinovem, przegrane z E. Bacrotem i Ding Lirenem. Grzesiek grał bardzo aktywnie – rzucał się ambitnie na swoich przeciwników, ale ci w którymś momencie parowali i skutecznie kontrowali. 
 
Po Radku Wojtaszku widać było zmęczenie turniejem w Biel. Odniosłem takie wrażenie, że nie do końca zregenerował się po tych morderczych zawodach. Nie jeden raz, dzięki kamerom, udało mi się na niego rzucić okiem i widać było na jego twarzy znużenie. Radek nie poradził sobie z Carlsenem i Topałowem („Topi” wygrał pierwszą szachownicę). Powtórki ze Stambułu nie było – Radkowi Wojtaszkowi nie udało się wygrać z nikim znacznym. Jednak po turnieju w Biel i Olimpiadzie w Tromso nasz lider ma na live 2736, 2 elo, czyli oscyluje w okolicach rekordu. W Tromso Radek krzywdy drużynie nie zrobił ale i nie pomógł jej za bardzo. Na pewno nie był motorem napędowym zespołu.
 
Nasz sokół wędrowny, Janek Duda, był objawieniem tego turnieju. Grał bajecznie, przeciwników zaskakiwał kreatywną grą, liczył szybko, rzadko się wahał. Warto na moment zatrzymać się przy Janku i zastanowić przez chwilę, co by było, gdyby Janek na Olimpiadę nie pojechał, wszak losy jego wyjazdu ważyły się do samego końca. To Janek był sercem tej drużyny, jej motorem napędowym. To ten młody arcymistrz próbował skupić wokół siebie resztę kadrowiczów, chciał ich porwać, dodać im skrzydeł. Bezskutecznie. Na scenie grał tylko jeden, nieco osamotniony aktor.
 
Sam styl, gra, jakość większości pojedynków nie budziła mojego entuzjazmu. Więcej było w tym spontaniczności niż poprawności. To na słabsze drużyny działało. Na utrzymanie się w dziesiątce i skuteczną grę z lepszymi nie wystarczało.
 
Mawia się, że nie ma osób niezastąpionych. To powiedzonko w przypadku naszych mistrzyń nie ma zastosowania. Gdy nie gra Monika Soćko nie ma zespołu. A Monika Soćko nie grała w Tromso dobrze. W kadrze odczuwalny był brak Iwety Rajlich i Joanny Majdan Gajewskiej, choć świetnie zaprezentowała się w Tromso Marta Bartel, która zdobyła srebrny medal na swojej szachownicy. Siódme miejsce bez grającej na swoim poziomie Moniki Soćko, świadczy o tym, że w optymalnym składzie mamy szansę na skuteczną grę z najlepszymi teamami. Polki grały jednak nierówno, choć jak zawsze ambitnie i zespołowo.
 
 Naszymi mistrzyniami aż tak bardzo się nie martwię. Tutaj znacznie łatwiej zbudować fajną „pakę”. Gorzej z zapleczem męskiej kadry. Nie licząc Janka, z reszty juniorów można obecnie zbudować zespół grający mniej więcej na poziomie kadry Islandii. Czyli jesteśmy na lata skazani na tych, którzy właśnie grają, a widać, że to nie jest zespół stworzony do robienia wyników, do wygrywania. Jak to będzie wyglądało w dalszej perspektywie? Aż tak daleko myślami nie sięgam! Trzeba się nad tym dłużej zastanowić. 
 
A jakie są wasze wrażenia po Olimpiadzie? Macie ochotę podyskutować o występie naszych olimpijskich drużyn oraz bliższej i dalszej przyszłości?