„Charles Simic zdobywa nagrodę im. Zbigniewa Herberta”

0
239
Ostatnio stałem się fanem radiowej „Jedynki”, która raz za razem zaskakuje mnie pozytywnie. Generalnie rzecz ujmując radio ma w sobie kawał magii, której na próżno szukać w innych mediach.

 Mało kto wie, ale gdy nasza szachowa reprezentacja gra na Olimpiadzie (czy w innym turnieju rangi mistrzowskiej) radiowa „Jedynka” relacjonuje te wydarzenia w wieczornym programie „Kronika sportowa”.

 Kilka dni temu trafiłem na program „Lektury Jedynki”, w którym Marcin Przybylski rozpoczął czytanie debiutanckiej książki Olgierda Świerzewskiego „Zapach miasta po burzy”. Jest to powieść (z szachami w punkcie centralnym!), której  poświęcę osobny artykuł. W tym momencie tyle chcę rzec, że rzecz jest niesamowita. Zapraszam wszystkich do wysłuchania fragmentów powieści rankiem, w „Jedynce”, o godzinie 10.35. Cykl potrwa do 23 maja.

Wczoraj, również w „Jedynce”, usłyszałem po raz pierwszy wiersze amerykańskiego giganta poezji, Charlesa Simicia, który niedawno odebrał nagrodę im. Zbigniewa Herberta (statuetka i 50 tysięcy dolarów) i… znów natrafiłem na piękny kawałek o szachach! Poniżej trzy wiersze Simicia, które wybrałem dla Czytelników „Psychologii i Szachów”.



Charles Simic


Cudowne dziecko

Dorastałem zgarbiony
nad szachownicą.

Uwielbiałem słowo końcówka.

Wszyscy moi kuzyni mieli stroskane miny.

Był to nieduży dom
w pobliżu rzymskiego cmentarza.
Samoloty i czołgi
wprawiały szyby w drżenie.

Profesor astronomii, emeryt,
nauczył mnie grać.

To musiało być w czterdziestym czwartym.

W komplecie, którym graliśmy,
złuszczyła się prawie cała farba
z czarnych figur.

Zaginął biały Król,
trzeba go było czymś zastępować.

Podobno – ja sam w to nie wierzę –
widywałem tamtego lata
wisielców na słupach telefonicznych.

Pamiętam, jak matka
często zasłaniała mi oczy.

Miała swą własną metodę nagłego
chowania mojej głowy pod swój płaszcz.

W szachach też – mówił mi profesor –
mistrzowie grają z zawiązanymi oczami,
ci najwięksi nawet na kilku szachownicach
jednocześnie.

Kamień

Wejść do kamienia –
To byłoby coś dla mnie.
Niech ktoś inny grucha jak gołąb
Lub zgrzyta tygrysim zębem.
Mnie wystarczy być kamieniem.

Z zewnątrz kamień jest zagadką:
Nikt nie umie znaleźć odpowiedzi.
Wewnątrz jednak musi być chłodno i cicho
Nawet gdy na kamień nastąpi całym ciężarem krowa,
Nawet gdy dziecko wrzuci go do rzeki;
Kamień opada wtedy powoli i niewzruszenie
Na rzeczne dno,
A ryby podpływają, by trącić go nosem
I słuchać.

Widziałem nieraz, jak bryzgają iskry,
Gdy kamień stuknie o kamień,
Może więc w środku nie jest znowu aż tak ciemno;
Może poświata księżycowa
Dociera tam skądś, jak gdyby zza wzgórza –
Światło na tyle jasne, by można w nich dostrzec
Dziwaczne hieroglify, mapy gwiazdozbiorów
Wyryte na wewnętrznych ścianach.

Kosmologia Charona

Nic prócz światełka latarni
Żeby mógł się zorientować gdzie jest
I za każdym razem góra
Świeżych zwłok do załadowania

Przewozić je na drugi brzeg
Gdzie cała masa takich samych
Przypuszczam że już mu się myli
Który brzeg jest który

Przypuszczam że to nieistotne
Nikt się nie skarży a on w końcu
Ma tyle kieszeni do przeszukania
W jednej skórka chleba w innej kiełbasa

Z rzadka trafi się lusterko
Albo książka którą wyrzuca
Za burtę w głąb ciemnej rzeki
Bystrej zimnej głębokiej

(zdjęcie Charlesa Simicia ze strony http://blogs.orlandoweekly.com/the-gist/poet-charles-simic-gives-reading-free-master-class-tonight-rollins/ )