„Z turniejowych aren”

0
137

Już za chwileczkę, już za momencik światowe szachy zaczną się kręcić… chciałoby się zaśpiewać, nawiązując do słynnej bajki z dawnych lat. Rzeczywiście, w Zurychu dojdzie do najsilniejszego turnieju w historii szachów, a jeśli chodzi o uczestników, to przed nami same smaczki – tutaj każdy z każdym ma „na pieńku”. Dodatkowo, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że za zwycięstwo regulamin przewiduje nie dwa, a trzy punkty, sprawa jest jasna – rozpoczyna się jedna z największych bitw w historii szachów.
 I będziemy  świadkami tego spektaklu w miejscu dla szachów szczególnym. Przecież to w Zurychu doszło do jednego z najbardziej ciekawych z punktu widzenia sztuki szachowej wydarzeń w historii. Takie spotkanie koryfeuszy zwykle kieruje szachy na całkiem nowe tory. To właśnie w 1953 r. potwierdził swoją dominację Smysłow, wyprzedzając następnego w tabeli Bronsztejna, Keresa i Reszewskiego aż o dwa punkty. W tym momencie chciałbym was zapytać – jak wam się spodobała książka Dawida Bronsztejna „Międzynarodowy Turniej Pretendentów Zurych 1953r.”? Jak dla mnie to był majstersztyk, świetna robota, z którą nie miałem ochoty się rozstawać. „Międzynarodowy Turniej Pretendentów Zurych 1953r. to  książka, którą powinni dokładnie przestudiować szachiści, planujący wprowadzić do swojego repertuaru debiutowego (lub mają już w swoim repertuarze) obronę królewsko-indyjską. To właśnie w roku 1953, w Zurychu, krystalizował się powoli ten interesujący debiut. Jako ciekawostkę mogę podać takie oto liczby – na 210 partii rozegranych w Zurychu, aż 46 partii zostało rozegranych w „staroindyjce”(!!), drugie miejsce zajął „Nimzowitsch” – też koło 40 partii – trzecim debiutem, o ile się nie mylę był „sycyl”. Piękny turniej, a lektura tej książki – to obowiązek i przyjemność w jednym, dla każdego szachisty.

 Jak będzie tym razem w Zurychu? Mamy Wikinga – aktualnego mistrza świata,  jest Tygrys z Madrasu – były mistrz świata, mamy samuraja Nakamurę, jest też Aronian – rankingowa dwójka, który ostatnio zachwyca. Resztę dopełniają zawsze klasowi – Caruana i Gelfand. Ależ jestem ciekaw formy każdego z uczestników! I kończąc ten wątek, bardzo was proszę – nie przegapcie tego turnieju jako i ja nie zamierzam przegapić!



Ten wpis zatytułowałem „Z turniejowych aren”. Jednak nie chodziło mi tym razem o te wielkie areny, a o te lokalne, na których życie również tętni w najlepsze. Poniżej, trochę tak w oczekiwaniu na wielkie szachy, dwie historyjki.
Pierwsza scenka miała miejsce na turnieju szachów klasycznych w mojej okolicy. Rozpoczyna się runda, gdy nagle jednemu z szachistów dzwoni komórka. Sędzia rundowy wyprężył się jak struna i w te pędy w stronę źródła dźwięku. Zawodnik w tym czasie wyjął telefon i tak woła do słuchawki:
– Halooo? Słucham? Mamaaa? No cześć! Słucham? Ale mów głośniej mamo bo chyba tu telefony nie mają zasięgu. Cooo? Tak, no na turnieju szachowym gram. Ale mów głośniej bo słabo cię słyszę.

W tym momencie sędzia był już przy stoliku i zaczął mówić, że kara rozmawiającego przegraną. Ten jedną ręką trzyma komórkę, a drugą wykonuje uspokajające gesty w kierunku sędziego i dalej:

-Tak, będę u ciebie pojutrze, jeszcze są dwie rundy, tylko mamo przepraszam cię, bo sędzia coś ode mnie chce. Co pan chce? – z irytacją w głosie do sędziego, odrywając słuchawkę od ucha.
– Wpisuje panu przegraną za rozmowę przez telefon w czasie partii!
– A wpisuj Pan! Co? Miałem od mamy telefonu nie odebrać? – i już idąc w stronę wyjścia, znów do aparatu – No już jestem. Tak, no mówiłem ci przecież, że przyjadę pojutrze…


Scenka druga rozegrała się parę ładnych lat temu. Było to na turnieju szachów aktywnych w moim rodzinnym mieście. Trwa jedna z rund. Dwóch szachistów gra na małym, okrągłym stoliku. Jeden z nich ma nogi pod stołem, gdy nagle (a były to pierwsze minuty, którejś tam rundy) jakimś gwałtownym odruchem podbił kolanem stolik i wszystkie bierki nie to, że rozsypały się po stoliku, ale potoczyły po podłodze w różnych kierunkach po całej okolicy. Ten „spokojniejszy” (nie był znów taki spokojny) przełączył dźwignię zegara i tak wypalił do sprawcy zdarzenia:

-Na swoim czasie szukaj pan tych bierek, nie na moim!


Sprawca zdarzenia zaczął kompletować powoli „sprzęt”, a czas nieubłaganie upływał (nieraz jednego piona pod stolikiem szuka się pół minuty, a co dopiero większości figur) Wreszcie, po pewnym czasie zebrał figury na szachownicy i rozmowa potoczyła się dalej:

– Są wszystkie, ale właściwie jaka pozycja stanęła, pamięta pan?
– Może zacznijmy od tego jaki debiut my zagrali, „pirc” poszedł.
– Sam pan jesteś „pirc”! Jaki „pirc”? Sycylijską zagraliśmy, a pan mi tu z jakimś „pircem” wyjeżdżasz!
– Panieee! Ja jeszcze „pirca” od sycylijskiej odróżnię – miałem gońca na „g7”, gdzie pan masz w sycylijskiej gońca na „g7”?
-Jest co najmniej 5 wariantów, gdzie w sycylijskiej goniec staje na „g7”, nie moja wina, że pan ma taką wiedzę szachową!
– Paniee! To pan się na szachach nie znasz, a hetmana to gdzie pan miałeś, na „a5”, czy na „c7”?…..
Debata przedłużała się, wreszcie sędzia, którego wezwano, orzekł remis z braku możliwości odtworzenia pozycji, oraz braku czasu na rozegranie partii od nowa, gdyż trzeba było kojarzyć kolejną rundę.