Wybredny koneser

0
227
Od czasu gdy nastał ten pamiętny dzień, kiedy kolega z podwórka – Beniamin – wpadł do mnie z szachami pod pachą na umówione spotkanie, że „będzie mnie uczył grać”, aż do teraz, doskonalę w sobie sztukę wychwytywania elementów szachowych z otaczającej mnie rzeczywistości. Ten pierwszy dzień z szachami wyglądał mocno surrealistycznie i nic nie zapowiadało początku pasji, która, co by nie powiedzieć, dość daleko mnie zaprowadziła. Drzwi były u mnie zawsze otwarte, podparte taboretem, żeby przeciąg nie wyrwał ich wielkim trzaśnięciem razem z futryną (budynek z roku 1912) , sąsiedzi wchodzili, wychodzili bez pytania, siadali, pili kawę, czy coś mocniejszego – to był dom otwarty. Takie historie teraz są już trudne do wyobrażenia – w tym momencie miałbym poważne problemy, żeby wymienić z imion choćby jedną trzecią moich sąsiadów. Jest „dzień dobry” – owszem, jest i „do widzenia”, a jakże, jednak nie ma to nic wspólnego z życiem totalnym czasów mojej młodości..

 W ten to piękny czas, rzeczony kolega wpadł do mnie, co zakończyło się trwającym kilka minut atakiem śmiechu mojej ciotki, która aż pokładała się na stole, wijąc i nie mogąc się opanować. Mianowicie Beniamin od dwóch lat z włosami prawie po pas, w ten dzień przyszedł do nas…. ogolony na łyso! On z szachami pod pachą, że „ma mnie uczyć grać” łysy jak Kodżak, wijąca się w spazmatycznym śmiechu ciotka, wreszcie my stopniowo wybuchający śmiechem. Końcówka tego zdarzenia to była wielka salwa śmiechu całej trójki, która trwała nieprzerwanie do momentu niewydolności mięśni brzucha nas, czyli bohaterów tej scenki.

Od tego momentu szachy towarzyszą mi przez całe życie – a jedną z wielu zdolności, które od tego sportu otrzymałem, jest wrażliwość na elementy szachowe w naszym, polskim krajobrazie. Na wszelkie szachowe gadżety, scenki w filmach, artykuły w gazetach, opowiadania, stoliczki ukryte w parkowych głuszach reaguję odruchem Pawłowa. Zaczynam wszystko dokładnie badać, mlaskać pod nosem – w tych sprawach jestem perfekcjonistą i nie znoszę żadnej fuszery, a jest jej niemało.

Kraków – okolice zakola Wisły.

Jeśli na filmie widzę pewien szachowy układ, muszę mieć pewność, że jest realny, że, powiedzmy, nie brakuje królów, że dwa gońce z tej samej armii nie stoją przypadkiem na tego samego koloru polach – to dla mnie bardzo ważne. Nie wiem, czy oglądaliście horror „Coś” w reżyserii Johna Carpentera. Akcja dzieje się na Antarktydzie, gdzie grupka badaczy zostaje zaatakowana przez jakąś obcą formę życia. W jednej z pierwszych scen pogrążony w antarktycznym spleenie Kurt Russel gra z kompem w szachy, oczywiście widać monitor, pozycję. No i już mnie nie było, koniec, zapadłem się – dalejże badać co tam za poza stoi, dlaczego Russel przegrał za co zemścił się na maszynie wlewając w jej trzewia szklankę gorzały wraz kostkami lodu i czy mógł się obronić.

Szachy w parku zdrojowym w Świeradowie Zdroju.

W wielu miastach są parki szachowe – tutaj też ciężko mnie zadowolić. Chodzę naburmuszony bo „figury za ciężkie” i przedszkolak już sobie z przedszkolakiem nie pogra, że plansza brudna, nie odnowiona. W Polanicy-Zdroju źle, bo figury wielkie i zbyt dociążone w parku szachowym. Wreszcie pomnik szachisty (ten przy tablicy o Rubinsteinie, gdzie jest pozycja z jego słynną kombinacją – wiecie, kilka figur pod biciem włącznie z damą, a żadnej nie da się zbić bez mata) na ławce, to nie wiem kto go wykoncypował? Facet siedzi, ma szachownicę na kolanie, ale bez figur! Stoję i myślę, nad czym ten pomnikowy gość myśli – no, bo przecież nie nad pozycją bo jej nie ma (może to jakiś problemista i zaraz zacznie coś tam dostawiać?). A może próbuje rozkminić kto z oglądających turystów zajumał mu te bierki z szachownicy i zaraz wstanie i zacznie mnie z tą ciężką dechą gonić po całym polanickim kurorcie?

Słynne stoliczki szachowe w Krakowie.

A ostatnio to już totalne przegięcie – szedłem sobie głównym pasażem Auchana, nagle stanąłem jak wryty – na środku drogi dwa stoliki szachowe! Niedaleko ciuchcia-express, trzy metry dalej karuzela z rybkami (oczywiście tu i tam muzyczka!), dalej pies policjant i motocykl (wrzucasz „dwójkę” i eeeennnn… grrr, grrr, grrr, pyr, pyr, pyr). Oglądam stolik – no zajebiście pole „c1” białego koloru!! Super! Poza tym na stoliku kartka „Jeśli chcesz zagrać figury są w sklepie”. W jakim sklepie – rozglądam się. Do zoologa ktoś ma iść po figury, sklepu z papierosami? Nie to, że zamierzałem zagrać – nie było z kim, zresztą nawet gdybym miał z kim zagrać, nawet gdybym spotkał na tym pasażu samego Ananda, nie skusiłbym się na partię. Bo dla mnie nie ma niczego bardziej poniżającego dla szachisty, dla klasy, dla magii naszego sportu, niż granie w centrach handlowych. W Polsce są tacy co nawet MP w blitzu zrobili w centrum handlowym – dobrze, że nie mam za dużo władzy, bo bym ich za to posadził! „Helenko, strzelimy sobie fotkę, z szachistą”? Jakiś czas temu w Silesia City Center grany był turniej szachowy – okazuje się, że szachistom w niczym to nie przeszkadza, że wyglądają na tym pasażu jak ekspozycja stała gibonów z Sumatry z niedaleko położonego, chorzowskiego zoo. Ja się na taki sport nie piszę. Kiedyś Robert James Fischer walczył o oświetlenie sal turniejowych, o redukcję hałasów, o kamery, wszystko to, co pozwalało na pełny komfort rywalizacji sportowej. Ale co tam jakiś Fischer, nie? – facet ześwirował, jakieś trzaski, hałasy, światełka mu przeszkadzały, a przecież grać można wszędzie, nie ma co wybrzydzać i jak są zawody to się jedzie, gra i fertig.