Rutyniarze deklasują juniorów

0
144
Za nami kolejna, emocjonująca runda Finałów Mistrzostw Polski w Szachach. W ostatnim wpisie poruszyłem temat poziomu rozgrywanych partii. Dziś zastanawiałem się skąd wziął się mój estetyczny niedosyt i szybko znalazłem rozwiązanie tej dość prostej zagadki. Jedyna odpowiedź jaka mi się nasunęła, jest związana z moim, dość gwałtownym przeskokiem z londyńskich głębin, na naszą krajową arenę. Gdy się stołujesz w pięciogwiazdkowej restauracji, zmysł smaku jest dość mocno wyostrzony i niewiele jest cię w stanie kulinarnie zadowolić. To też jest trochę tak jak z podróżami – gdy ktoś zwiedza niewiele, zadowoli go, powiedzmy, wypad do Bratysławy. Gdy ktoś intensywnie podróżuje, szuka coraz to atrakcyjniejszych miejsc, celowo omijając tereny, ciekawe skądinąd, ale już nie dla niego – zaprawionego w bojach,  starego podróżniczego „wygi”. To tutaj leży gdzieś przyczyna mojego spojrzenia na chorzowskie zmagania. Spadłem z wysokiego londyńskiego rumaka i mam pogruchotane gnaty. Ot, co.
Mistrzostwa Polski w Szachach są dla mnie jednak bardzo atrakcyjne z czysto sportowego punktu widzenia. Dziś mieliśmy prawie stuprocentowy pogrom przedstawicieli młodego pokolenia szachistów. Szczególnie interesującym wydał mi się pojedynek Kacpra Drozdowskiego z Grzegorzem Gajewskim. Przeciwnicy odtworzyli zdaje się, pojedynek „Wołokitin-Wojtaszek” z niedawno zakończonej Ligi Rosyjskiej (jeśli się mylę piszcie śmiało – errare humanum est) i tam chyba w szesnastym posunięciu Wołokitin stworzył groźbę mata na h7 damą, co należało odeprzeć ruchem „g6” lub nawet „f5”. Kacper wybrał inny plan, który bardzo szybko zaprowadził go w kierunku przepaści. Nic już młodemu juniorowi nie zostało z dobrego startu z rundy pierwszej – „samce alfa” określają powoli miejsce w szyku jemu, oraz pozostałym czołowym juniorom i jak na razie to rutyna wygrywa z młodością. Tak to w tym momencie wygląda.
Świetną partię z Bartoszem Soćko miał Jaś Duda, jednak krótka chwila inercji spowodowała, że dwa wolne piony zadecydowały błyskawicznie o wyniku partii. Oj, coś nie układa się to wszystko po myśli „młodych wilków” – rutyniarze, czyli szeroka czołówka, nie pozostawia im żadnych złudzeń.
Muszę się przyznać, że największe wrażenie zrobiła na mnie partia Darka Świercza z Krzysztofem Bulskim. Otóż, Darek Świercz, zagrał tę partię w iście carlsenowskim stylu: w wydawałoby się całkowicie równej pozycji, która na pierwszy rzut nie dawała podstaw do gry na wygraną, znalazł odpowiednie idee i motywy, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Przypomniałem sobie Carlsena, gdyż u niego, w podobnych pozycjach ze zredukowanym materiałem dzieją się najczęściej podobne historie. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo do końca w którym momencie, następuje kolaps pozycji. Bardzo mnie cieszy postawa Darka Świercza, który potwierdził tą partią jak bardzo jest zdeterminowany w swoich planach.
To tyle moich wrażeń na gorąco z szachownic męskich. Oczywiście, działo się znacznie więcej. Praktycznie każda partia to osobna historia godna przynajmniej jednego dłuższego akapitu.
W turnieju pań najciekawiej było chyba w partii Kariny Szczepkowskiej – Horowskiej z  Martą Przeździecką. Tym razem Karina musiała uznać wyższość rywalki po pojedynku, który w pewnym momencie stał się prawdziwą „komedią pomyłek”. Obie zawodniczki myliły się w tym spotkaniu na potęgę, a sam pojedynek był przez to niezwykle emocjonujący.
Dwa równolegle grane turnieje rozwijają się i za kilka dni skala napięcia będzie nieporównywalnie większa. Jestem ciekaw czy juniorzy powściągną emocje i zaczną wreszcie prezentować równą, silną grę. Dobrze by to zrobiło dla dramaturgii tych finałów, zwłaszcza na finiszu chorzowskich zmagań.