„W Londynie liczy się już tylko trzech”

0
139

Iwanczukowi pozostaje już tylko zadziwiać przeciwników, kibiców i może nawet samego siebie, doborem debiutów na poszczególnych przeciwników. Zagrać „Gambit budapeszteński” przeciwko Aronianowi to moim zdaniem odwaga połączona z brawurą. Pozycję może i Ukrainiec dostał grywalną, cóż z tego, jeśli już po raz czwarty w Londynie spadła mu chorągiewka. Niedoczasy to największa zmora tego, będącego już za życia legendą szachów, arcymistrza. Aronian dzięki tej wygranej odstaje od prowadzącego Carlsena tylko na pół punkta. Dla mnie, jako kibica, to świetna informacja. Elementy, które mogą teraz decydować o zwycięstwie w turnieju pretendentów są trzy. Pierwszy aspekt to kondycja. Ten kto zachował największą świeżość musi mieć przewagę nad tymi, którym londyńskie potyczki dały już mocno we znaki. Drugi aspekt to wytrzymałość systemu nerwowego. Ci, którzy będą w stanie powściągnąć swoje emocje na ostatnim etapie zmagań, mają relatywnie największe szanse na ostateczny triumf. Trzeci czynnik może nie rzuca się od razu w oczy, ale gdy dokładniej zagłębimy się w specyfikę turniejowej sytuacji, to łatwo dojdziemy do wniosku, że tym aspektem są zdemoralizowani arcymistrzowie, którzy nie maja już realnych szans na zawojowanie Londynu. Chodzi o to, że teraz większość starć będzie się odbywać pomiędzy umotywowaną, pozostałą w grze, trójką arcymistrzów oraz resztą, która nie zawsze może znaleźć siły i chęci do gry na sto procent mocy. (To się nie tyczy Gelfanda – on będzie się bił do końca. Ręczę za to głową). Ten turniej miał jeden cel – wyłonienie przeciwnika dla Viswanathana Ananda i większość arcymistrzów w Londynie pogrzebała już swoje szanse na osiągnięcie tego zamierzenia. Oczywistym więc jest, że morale musiało podupaść. Według mnie ten trzeci czynnik będzie miał znaczenie decydujące.
Jeśli chodzi o same partie, to nie rozumiem na przykład całkowicie decyzji Griszczuka o wymianie gońca za skoczka w końcówce przeciwko Kramnikowi. Nie chce mi się wierzyć, że tej klasy arcymistrz nie był w stanie ocenić wynikającej po tej wymianie końcówki pionowej. Bardzo dziwna decyzja Saszy Griszczuka, choć generalnie w debiucie również nie błyszczał i gdzieś na styku otwarcia i gry środkowej, już musiał myśleć o wyrównaniu. No cóż, Kramnik tym zwycięstwem trzyma „na radarze” Carlsena i to nam zapewni znacznie więcej emocji w końcowej części turnieju w Londynie.

Swidler z Radżabowem zremisowali w okolicy dwudziestego posunięcia, co doskonale koresponduje z tym co powiedziałem o morale niektórych arcymistrzów, którzy nie walczą już o nic i zapewne chcieliby się znaleźć w swoich domach.

A Carlsen ograł Borię Gelfanda w jakżesz typowym dla niego stylu, który już teraz jest jego znakiem firmowym po wsze czasy. Idę o zakład, że Anand teraz całkiem na poważnie otwiera bazę partii i klika na nazwisko Carlsen. Oj, nie widzę, no nie widzę tego meczu pod koniec roku! Gdy taką formę utrzyma norweski wirtuoz, a „Vishy” przy obecnej formie pozostanie, to mecz może przypominać pojedynki Mameda Khalidova ze słabiej przygotowanymi przeciwnikami. Myślę jednak, że Anand będzie odpowiednio dysponowany pod koniec roku. Wystarczy tych przedwczesnych dywagacji. Turniej się jeszcze nie skończył, a ja już ustawiam mecz o Mistrzostwo Świata, kto, kiedy i z kim. W Londynie nic się jeszcze nie wyjaśniło i musimy poczekać jeszcze kilka dni na ostateczne rozstrzygnięcia.