„Szaleniec na tylnym siedzeniu autobusu”

0
463

Gdzieś na przecięciu dwóch moich pasji – szachów oraz literatury – zawsze dzieją się bardzo interesujące historie. Myślę, że w tym miejscu jest znacznie ciekawiej, niż w przypadku moich relacji z turniejów szachowych, choć jest to, jasna sprawa, rzecz gustu. Jednym ze skrzywień, którego najprawdopodobniej nie pozbędę się do końca życia, jest moje nieustanne polowanie na wątki szachowe w czytanych książkach. Czasami pożyczam coś, wiedząc, że znajdę tam szachowy wątek, niekiedy napotykam na jakiś tekst zupełnie niespodziewanie.

 Tak się zdarzyło niedawno, gdy dorwałem książkę, która jest zapisem korespondencji pomiędzy dwoma wielkim współczesnymi pisarzami: Paulem Austerem i Johnem Maxwellem Coetzeem (ten ostatni otrzymał literackiego Nobla w 2003 roku). Paul Auster jest przede wszystkim autorem „Trylogii Nowojorskiej”, wyreżyserował także film „Dym” z Harveyem Keitelem w roli głównej. Przedstawiać autora „Hańby” byłoby rzeczą mocno skomplikowaną (Austera też zresztą). To płodny pisarz, bardzo złożona osobowość, więc jeśli ktoś ma ochotę, łatwo znajdzie potrzebne informacje na wielu innych domenach. Generalnie są to intelektualiści z najwyższej półki i nie jest bez znaczenia, do jakiej wymiany zdań między nimi doszło, w jednej z licznych korespondencji, a rzecz dotyczyła szachów właśnie. Pozwolę sobie trochę obszerniej zacytować. Przeczytajcie proszę, sądzę, że ta opowieść właściwie, jest naprawdę wstrząsająca…


                                                                                                                   6 kwietnia 2009 r.


Drogi Paulu!

  Zanim opowiesz mi, co sądzisz o przyjemnościach płynących ze współzawodnictwa, muszę poczynić pewną uwagę.
Gdy miałem dwadzieścia parę lat, z dużym zaangażowaniem grałem w szachy. Przez długie lata moja praca polegała na pisaniu kodów do komputerów i proces ten tak głęboko mnie wciągnął, że czasami czułem się, jakbym wstępował w obszar szaleństwa, w którym mózg zostaje podbity przez logikę maszyn.
Miałem wystarczająco dużo rozsądku, by porzucić komputery i przeprowadzić się do Stanów Zjednoczonych na studia podyplomowe. Na pokładzie statku płynącego przez Atlantyk (tak, w owych czasach, jeśli miało się mało pieniędzy, można było podróżować statkiem – trwało to pięć dni) wziąłem udział w zawodach szachowych i udało mi się dotrzeć do finału, w którym moim przeciwnikiem był niemiecki student inżynierii o imieniu Robert.
Grę rozpoczęliśmy o północy. O świcie wciąż siedzieliśmy pochyleni nad szachownicą. Robert był o jedną figurę do przodu, ale ja miałem przewagę taktyczną. Opuścili nas ostatni widzowie – chcieli zobaczyć Statuę Wolności. Zostaliśmy sami.
– Proponuję remis – powiedział Robert.
– OK – odparłem.
Wstaliśmy, uścisnęliśmy sobie dłonie i spakowaliśmy szachy.
On miał przewagę w figurach, a ja taktyczną: remis był uczciwym kompromisem, prawda?


J. M Coetzee.

Przycumowaliśmy. Byłem w owianym legendami Nowym Jorku. A jednak nie opuszczał mnie nastój zawodów, nastrój intelektualnej ekscytacji, gorączkowy i lekko niezdrowy, niemal jak prawdziwe zapalenie mózgu. Nie interesowało mnie otoczenie. Coś cały czas we mnie brzęczało.
Przeszliśmy z żoną przez odprawę celną i poszliśmy na stację autobusową. Mieliśmy pojechać innymi autobusami: ona do Georgii, by zatrzymać się u przyjaciół, a ja do Austin, poszukać dla nas mieszkania. Pożegnałem się z nią z roztargnieniem. Chciałem jedynie zostać sam, by móc rozpisać ostatnią rozgrywkę szachową na papierze i rozwiać wątpliwość, która nie dawała mi spokoju. Całą drogę do Teksasu w autobusie (dwa, trzy dni?) spędziłem nad notatkami. Moje przeczucie było słuszne. Czarne nie miały szans. Jeszcze trzy ruchy i Robert Niemiec musiałby skapitulować. Źle zrobiłem, zgadzając się na remis.
Powinienem był pić z okazji pierwszego kontaktu z Nowym Światem. Powinienem był planować nowe życie, które otwierało się przede mną. Ale nie, byłem w szponach gorączki. Po cichu opanowywała mnie dzika wściekłość. Byłem szaleńcem na tylnym siedzeniu autobusu.
To właśnie przychodzi mi do głowy, gdy piszesz o przyjemnościach płynących ze współzawodnictwa. Mnie kojarzy się ono nie z przyjemnością., ale ze stanem opętania, gdy umysł skupiony jest na jednym absurdalnym celu: pokonać obcego człowieka, który nic dla mnie nie znaczy, którego nigdy wcześniej nie widziałem i już więcej nie zobaczę.
Wspomnienie ataku tej koszmarnej emocjonalnej nadaktywności sprzed niemal pół wieku sprawiło, że już nigdy nie chciałem być zwycięzcą, pokonać jakiegokolwiek przeciwnika i znaleźć się na szczycie. Nigdy więcej nie zagrałem już w szachy.
Uprawiałem sporty (tenis, krykiet), dużo jeździłem na rowerze, ale jedynym moim celem było wypaść tak dobrze, jak potrafię. Wygrana i przegrana nie miały żadnego znaczenia.

„Tu i teraz”. Listy 2008-2011
Paul Auster, John Maxwell Coetzee 
Wydawnictwo: Znak str. 49-51


                                                                                                                    8 kwietnia 2008r.


Drogi Johnie!


(…) Twoja opowieść szachowa – która jest rodzajem horroru – zmusiła mnie do przemyślenia na nowo, co rozumiem przez pojęcie „współzawodnictwo”.
(Od lat nie grałem w szachy, ale sam także w wieku dwudziestu paru lat byłem nimi pochłonięty. Bez wątpienia jest to najbardziej obsesyjna i szkodliwa dla umysłu gra wymyślona przez człowieka. Po pewnym czasie przyłapałem się na powtarzaniu ruchów szachowych podczas snu – i zdecydowałem, że muszę przestać grać bo oszaleję.) 


„Tu i teraz”. Listy 2008-2011
Paul Auster, John Maxwell Coetzee 

Wydawnictwo: Znak str. 52

Paul Auster.


(…) Innymi słowy zgadzam się z Tobą. Celem nie jest zwyciężyć, ale zagrać dobrze, najlepiej jak się umie. Twoja rozgrywka szachowa z obcym człowiekiem na pokładzie statku postawiła Cię twarzą w twarz z jakąś demoniczną częścią Ciebie i gdy zdałeś sobie sprawę, czym się stajesz, wycofałeś się z obrzydzeniem. Nigdy nie przeżyłem podobnego objawienia. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by kiedykolwiek zależało mi na wygranej tak bardzo jak Tobie podczas rozgrywki z niemieckim studentem w 1965 roku.


„Tu i teraz”. Listy 2008-2011
Paul Auster, John Maxwell Coetzee 
Wydawnictwo: Znak str. 54




Cóż mogę tutaj dodać od siebie, a co wy możecie dopowiedzieć? Moje szachowe wyprawy z kolegą Karolem przeszły już chyba do kanonu. Wracamy często przy piwie do różnych naszych turniejowych historii, a zwłaszcza powrotów z rund. Kilka razy występowaliśmy na „Cracovii”, wiadomo, to przełom roku, zima, a my w nocy, wracaliśmy do domu samochodem. Mroczny krajobraz przewijający się za oknem pojazdu nie miał dla nas większego znaczenia. Tkwiliśmy wciąż w naszych grach. Rozgorączkowani opowiadaliśmy sobie o wygranych, pomyłkach przeciwników, naszych pomyłkach i przegranych. Gdyby ktoś tak nagrał te nasze rozmowy, albo ewentualnie miał z nich stenogramy, mógłby podejrzewać nas o jakiś ciężki syndrom, o stan choroby umysłu. To było jak w listownej korespondencji pomiędzy tymi wielkim pisarzami: uczucie graniczne, stan tuż przed szaleństwem z pełnymi jego objawami. Gdy Karol przegrał, a ja wygrałem, nasze umysły działały na zupełnie innych rejestrach, podobnie było, gdy Karol wygrał, a ja przegrałem. Ideałem było gdy wygraliśmy w dany dzień obaj (rzadka rzecz), wtedy jeszcze wygrana dawała nam nieco sił na rozmowę. Nie napiszę wam, co się działo, gdy ktoś z nas zaliczał serię przegranych, przy wygranych tego drugiego. Naprawdę bardzo trudno opisać, jak wyglądały wtedy nasze powroty. To są dodajmy szachy amatorskiego poziomu, a co się odbywa tam wyżej, a na szczycie jak jest? To jest stan permanentnego zapalenia mózgu, jak mniemam. To ciemna strona naszej dyscypliny, to ołowiana chmura, do której szachiści po prostu przywykli, natomiast ludzie nie związani z szachami, mogą sobie różnie myśleć, będąc świadkami tego ciężkiego opętania, na przykład załapując się z szachistami po rundzie na pokład samochodu. Napiszecie mi o waszych ciężkich powrotach z rund? a jak płynie u was czas podczas turniejów? Jesteście znośni dla swoich bliskich, czy muszą was omijać szerokim łukiem?


Zdjęcie J. M. Coetzee ze strony: http://www.theoccidentalobserver.net/authors/Webb-Coetzee-Disgrace.html

Zdjęcie Paula Austera ze strony: http://www.psychosonda.pl/paul-auster-dziennik-zimowy/