„Remisowo i niezbyt bojowo w pierwszej rundzie turnieju pretendentów w Londynie”

0
196

Za nami pierwsza runda turnieju pretendentów. Była to runda zachowawcza, „na rozpoznanie”, bez większych fajerwerków. Scenariusz był oczywiście do przewidzenia i chyba najbardziej prawdopodobny w tym inaugracyjnym dniu. Ci zaś, którzy spodziewali się, że przeciwnicy rzucą się sobie do gardeł, mogą się czuć odrobinę zawiedzeni. Zarówno dla mnie, jaki i kibiców z całego świata, najlepiej by się stało, gdyby polała się „pierwsza krew”, jednak żaden z arcymistrzów nie chciał dziś przekroczyć granic dopuszczalnego ryzyka. Nikt nie chciał „przegiąć” w pierwszej rundzie, co z psychologicznego punktu widzenia byłoby bardzo złe. 
W pojedynku najbardziej interesującym Levon Aronian spotkał się z Magnusem Carlsenem. Aronian, pomimo pewnej niedokładności w fazie debiutowej, pozwalającej Carlsenowi dość łatwo uzyskać pełnoprawną grę, wydawał się kontrolować wydarzenia na szachownicy do samego końca spotkania. Odniosłem też wrażenie, że Norwegowi wynik remisowy czarnym kolorem, z jego najgroźniejszym przeciwnikiem w londyńskich zmaganiach, jest bardzo na rękę. Carlsen zamknął po prostu sprawę gry czarnym kolorem przeciwko bardzo doskonałemu teoretykowi. Czegóż się więcej spodziewać po pierwszej rundzie?
Partia Gelfanda z Radżabovem utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że reprezentant Azerbejdżanu nie czuje się pewnie w Londynie. Do głosu doszedł brak ogrania oraz kontaktu z grą praktyczną. Struktura indyjska, którą ustawił przeciwko Gelfandowi i seria defensywnych posunięć przypominających nieco piłkarskie „catenaccio” nie może napawać optymizmem fanów tego sympatycznego arcymistrza. Z kolei u Gelfanda jak to u Gelfanda – „jest prąd”. Szybko zapełnił falangą pionów centrum i widać, że jest w nim duża chęć zaprezentowania się od jak najlepszej strony.
Svidler z Kramnikiem szybko przeszli do końcówki z pominięciem gry środkowej i partia zakończyła się nieuchronnym podziałem punktu. Historia tej partii nie jest warta tego, by dłużej się nad nią rozwodzić. Generalnie we wszystkich czterech pojedynkach rzadko której figurze udawało się przekroczyć „linię demarkacyjną” na środku szachownicy. Z tego względu samych emocji nie mogło być zbyt wiele…
Ivańczuk z Griszczukiem grali najdłużej, a dynamika gry końcowej wznaczana przez Ukraińca spowodowała, że przez moment było interesująco. Ivańczuk gra temperamentnie, jednak uważam, że taki styl gry w Londynie nie sprawdzi  się w przeciągu całego turnieju, zwłaszcza gdy do głosu będzie dochodziło zmęczenie, a przeciwnicy będą coraz bardziej rozegrani. Cóż jednak zrobić, jeśli Ivańczuk tak właśnie gra, a jego szachy są odzwierciedleniem jego prawdziwej natury?
Jutro najbardziej emocjonującym pojedynkiem będzie mecz Carlsen -Kramnik. Będzie to mecz z ogromną intrygą i „podtekstem” w tle, gdyż więszkość z Was to „carlsenowcy”, z kolei ja jestem w ekipie Włodzimierza Kramnika, więc miejcie tą prestiżową bitwę na uwadze. Na szali wasza i moja reputacja ;). Inne partie również zapowiadają się ciekawie. Mam nadzieję, że nie dojdzie do takiego scenariusza, w którym arcymistrzowie zanudzą nas serią niekończących się remisów. Liczę, że już jutro tabela turnieju pretendentów się rozciągnie i będziemy mieli pierwsze rezultatywne partie.