„Opowieść Szarego Człowieka cz.III – ostatnia”

0
227

Romuald nie miał pamięci do dni, dat, ale doskonale zapamiętał pierwsze spotkanie z „K”, za szachownicą. Zagrał wtedy obronę „caro-cann” i przegrał bez walki. Właściwie to nie była partia szachów. Przypominało to raczej egzekucję. Utkwił mu w pamięci (takie obrazy najdłużej się pamięta) „K”, który po tej partii w dalszym ciągu mu nie odpuszczał, nie odstępował na krok, obracał niczym jastrząb ogłuszonego gołębia.

– Dlaczego zagrałeś „caro-cann”? – następował „K” na Romualda.

– Panie, daj mi pan spokój! Wygrałeś pan? To czego pan jeszcze chcesz!? – bronił się Romuald.

– Ty się boisz szachów jak grasz takie debiuty! Sycylijka, to jeszcze bym zrozumiał, ale jakaś „karoca”!? Odważni grają sycylijkę, „caro-canna” grają tchórze.

– Panie idź pan stąd. Zgłoś pan wynik!

– Daj pan spokój! Źle pan grałeś! Ani jednego dobrego ruchu. W ogóle pan nie umiesz grać w szachy!” – pastwił się „K” nad Romualdem.

Choć Romuald poczuł się urażony do głębi zachowaniem „K”, pocieszał się w duchu, że nie należał do wyjątków. „K” gnębił każdego, a największe razy przyjmowali ci, którym udało się ograć „K” (rzadka rzecz, gdyż „K” był naprawdę niezłym szachistą). Wtedy snuł się za takim wygranym nieszczęśnikiem bez przerwy, usiłując wykazać mu, gdzie miał wygraną.

 „K” wiedział wszystko najlepiej i nie znosił wielogłosu, gdy się wypowiadał na temat szachów. Na przykład analizowano jakąś pozycję – „K” oczywiście dokładnie wiedział, jak powinno się ją dalej rozegrać. Jeśli ktoś nieśmiało zaczynał oponować, „K” piorunował go spojrzeniem, wyśmiewał i szybko wykazywał ignorancję śmiałka. Na turniejach trzymano się od niego z daleka – mało kto chciał przystanąć na pogawędkę z „K”. Jeśli już ktoś był świadkiem takiego obrazka, było więcej niż pewne, że rozmówca „K” jest jednocześnie jego ofiarą. „K” był zakałą szachowego bractwa, znienawidzony za swoją arogancję, chamską bezpośredniość, która szła o lepsze z butą.

Romuald przyjął ten cios, a będąc świadkiem innych, podobnych sytuacji, stawał się coraz bardziej zawzięty. Na początku myślał, żeby odegrać się w jakiś sposób na „K” tylko za siebie, za wszystkie te zniewagi, które od niego doświadczył. Z czasem chciał się zemścić za wszystkich, których „K” poniżył. W pewnym momencie pragnienie zemsty stało się w nim tak mocne, że gdy budził się rano, pierwszym obrazem, który tworzył się w jego umyśle (sytuacja często spotykana u zakochanych) była postać  „K”. Każdą wolną chwilę, poświęcał na obmyślanie planu zemsty na człowieku, którego znienawidził. Przeszukiwał ogłoszenia o nadchodzących turniejach tylko pod kątem tego, czy „K” bierze w nich udział. Gdy „K” był zapisany, a grywał bardzo często, Romuald zapisywał się również.  Założył sobie nawet zeszyt, w którym rozpisywał, analizował wszystko to, co dotyczyło „K”. Nie udało mu się jednak znaleźć idealnego sposobu, aby go upokorzyć…


Romuald wpadł w pewien rodzaj transu. Szachy przestały się dla niego liczyć i nawet tego nie zauważył. 


Romuald zjawił się na sali gry jako jeden z pierwszych. Dawno temu, żył takimi momentami. Teraz usiadł z boku i czekał, aż zacznie się turniej. „K” przyjechał w ostatniej chwili, nawet odrobinę się spóźnił. Na widok „K” Romualdowi błysnęło w w głowie – „A więc, jesteś!”. Rozpoczął się turniej. Romualdowi zupełnie zawody nie szły. Po pięciu rundach miał dwa punkty, ale zupełnie się tym nie przejmował. Zyskał dzięki temu status uważnego obserwatora. W czasie partii myślał nawet – „Erynie, pomóżcie, proszę, bądźcie dziś dla mnie łaskawe”. 

W ostatniej rundzie Romuald grał na dalekim, 22 stole. Przed rozpoczęciem, zdążył zauważyć „K”, usadawiającego się przy trzecim stoliku. „A więc, jeśli wygrasz, będziesz w nagrodach”, pomyślał. Romuald zupełnie nie potrafił skoncentrować się na swoim pojedynku. Pod koniec rundy zauważył, że wokół trzeciego stolika tworzy się duże zbiegowisko. „Jak u Girarda, dwóch się bije i od razu reszta zamyka ich w pierścieniu. Remisować” – pomyślał. Romuald zaproponował remis przeciwnikowi, który zgodził się bez namysłu. Szybko udał się w kierunku trzeciego stołu, z trudem przedarł się przez gęsty tłum gapiów i zobaczył taki  oto widok. Z jednej strony siedział „K”, wyprostowany, z rękami splecionymi na piersiach, triumfalnie rozglądający się dokoła. Z drugiej przeciwnik, zgarbiony, z pierwszymi zwiastunami rezygnacji na twarzy. Na szachownicy stała skomplikowana pozycja. „K” miał dwa wolne, zaawansowane piony, jego przeciwnik kilka aktywnych figur. W pewnym momencie „K” wystrzelił palcami, jak z rewolweru, w kierunku swoich dwóch, złączonych pionów, mówiąc:

-Dwa samce, oba kotne, za chwilę święto Przemienienia Pańskiego!

Czas upływał. Romuald zebrał się w sobie i zaczął szybko analizować. Jedyną szansą był matowy atak, ale czy z tego co zostało na szachownicy, da się zbudować coś konkretnego? W pewnym momencie zrobiło mu się zimno. Tak!! Zdjąć skoczka z linii strzału gońca, nawet go poświęcając, potem ofiara hetmana na „h2” i wieża z „a6”, poprzez szacha z pola „h6”, matuje na „h1”.
Romuald nachylił się i wyszeptał przeciwnikowi „K” do ucha.

-Zostaw te piony. Zabierz konia z „d5”, ofiaruj hetmana na „h2”. Resztę znajdziesz.

„K” zamarł na chwilę, poczerwieniał na twarzy i zawołał.

– Sędzia, sędzia, tutaj prowadzone są niedozwolone rozmowy!

Romuald jeszcze raz spotkał się wzrokiem z przeciwnikiem „K” i spojrzał na skoczka na „d5” w ten sposób, jakby chciał powiedzieć bez słów: „No zabierz. Zdejmij go stąd!”.

Romuald zobaczył jeszcze przeciwnika „K”, poświęcającego skoczka na „c3” i zaczął się przeciskać przez tłum ku wyjściu. Idąc szybkim krokiem usłyszał jeszcze urywki sprzeczki, podniesiony głos „K” i końcowe orzeczenie sędziego „Nie widzę powodów. Kontynuować grę.” Romuald stanął w drzwiach i czekał. Nie chciał zbyt szybko rozstawać się z tą sytuacją. Zbyt długo czekał na ten moment. Wreszcie partia zakończyła się, „K” przegrał. Tłum  zaczął falować, w końcu wypluł „K”, który prawie krzyczał – „Gdzie on jest? No gdzie on jest??”. Wreszcie zauważył Romualda przy drzwiach i zaczął iść szybko w jego kierunku.
Gdy już był blisko, Romuald pomyślał nawet, że nie ruszy się z miejsca. „A złap mnie nawet, rozszarp. Teraz mi nie zależy, gdy już wypadłeś z nagród!” Jednak, gdy „K” był o jeden krok od Romualda i wyciągał w jego kierunku ręce, zadziałał zwykły instynkt. Romuald pchnął drzwi i wybiegł przed budynek. Biegł, biegł coraz szybciej, a z jego piersi wydobył się dziki okrzyk radości. „Wykonało się!”.



Mały, Szary Człowiek zakończył swoją opowieść. W pokoju zrobiło się cicho. Wyjrzałem za okno. Za lasem, na horyzoncie, chmury rozerwały się i niebo zaróżowiło się. Słońce niczym podłużny, pomarańczowy sopel, zachodziło powoli. Zanosiło się na zmianę pogody.

-Czy mogę cię jeszcze o coś zapytać? – przerwałem ciszę.

– Pytaj, póki jest czas.

-Co się stało dalej? Jak się ułożyło dalej Romualdowi w związku z Lilianą? Czy wiadomo coś więcej o „K”?

– Romuald dowiedział się kilka dni później, że „K” od dłuższego czasu nie miał stałego zatrudnienia. Imał się wielu prac. Kopał studnie, stróżował za kilka złotych za godzinę na parkingach, roznosił nawet ulotki. Ważne były też dla niego dochody z wygranych na turniejach. Miał bardzo chorą córkę, która czekała na zabieg, który nie był refundowany. Podobno liczył się czas i każdy grosz.

– A co się stało z Lilianą?


– Za jakiś czas do Liliany również dotarły wieści o tym, jak postąpił Romuald. Pewnego dnia, gdy wrócił z pracy, zastał pustą szafę i list pozostawiony przez Lilianę na sekretarzyku. Napisała w nim, że odchodzi i żeby jej nie szukał.

– Czy to ty jesteś tym Romualdem z opowiadania? – zapytałem.

– To chyba raczej nie była trudna zagadka.

– Słuchaj, co ja mogę dla ciebie zrobić? Jest jakiś sposób, by przywrócić cię do twojego świata?

– Mojego świata? Raczej resztek, które z niego pozostały. Może jeśli zmieniłbyś motywy swojego postępowania dzięki naszej tu rozmowie, byłaby szansa, bym wrócił do swojego świata…

– Cóż, nie obiecuję, że w pełni zmienię motywy swojego postępowania, to bardzo trudne, ale na pewno będę pracował nad tym intensywniej niż zwykle. Przyznam, że dałeś mi do myślenia. I to bardzo.


Zrobiło się późno. Umówiłem się z Szarym Człowiekiem, że może spać w mojej szufladzie, że jutro zastanowimy się co dalej. Pożegnaliśmy się i udaliśmy się na spoczynek. Rankiem rozglądałem się po mieszkaniu jednak nie znalazłem go. Otwierałem szafki, szafy, komody, szuflady – wszędzie pusto, tylko sterty papierów, które należało uprzątnąć. Co się stało z małym, Szarym Człowiekiem? Czy udało mu się wrócić do swojego świata? Czy zaczął wszystko od nowa? Na te pytania nie znam odpowiedzi…