„O turniejach w Indiach, Gibraltarze oraz pierwszych zwiastunach powrotu do formy – specjalnie dla „Psychologii i szachów” – GM Radosław Wojtaszek”

0
146
Krzysztof Jopek: Witaj Radku! Od twojej, trwającej miesiąc wyprawy do Indii, minęło już trochę czasu. Jednak taka perspektywa sprzyja obiektywnemu spojrzeniu na twoje występy w openie w Kalkucie i turnieju kołowym w New Delhi. Jakie według Ciebie  były przyczyny twojej słabszej dyspozycji w Indiach?
Radosław Wojtaszek: Witaj. Podczas moich turniejów tak naprawdę wszystko poszło nie tak, jak chciałem. Myślę, że podczas Openu w Kalkucie za bardzo chciałem każdą partię grać na wygraną. Mogło to wynikać z faktu, że byłem po serii bardzo dobrych turniejów i poczułem się po prostu zbyt pewnie. Powinienem skupić się na na swojej grze, opartej na bardziej obiektywnej ocenie. Oprócz tego, wydaje mi się, że bardzo eksperymentowałem. Turniej w Delhi to z kolei szereg niewykorzystanych szans przeze mnie. Tak naprawdę pierwsze cztery partie spokojnie mogłem wygrać, a zamiast tego uzbierałem ledwie dwa punkty. To samo tyczy się ostatniej partii, gdzie miałem dużą przewagę, a partia skończyła się przegraną. Wygrana w tej partii dałaby mi wygraną w całym turnieju, co może nie do końca byłoby sprawiedliwe, ale choć trochę by zmieniło ocenę całego wyjazdu.
K.J: Przygladając się twojej grze, chodzi mi zwłaszca o turniej „Rose Valley Open”, zastanawiałem się, czy nie było dla Ciebie zbyt dużym obciążeniem bycie turniejową „jedynką”. Twoi niżej notowani przeciwnicy szli „w zaparte” i ciężko było coś z tym zrobić. Okazało się też, że Indie to nie tylko Viswanathan Anand. Wielu mało znanych Hindusów zagrało na naprawdę wysokim poziomie…
R.W: Być może trochę tak, ale według mnie byłoby to zbyt łatwe wytłumaczenie, że „przeciwnicy mieli zaniżone rankingi”. Na pewno nie odczuwałem dodatkowej presji związanej z faktem, że byłem rozstawiony z numerem „1”. Już przed startem założyłem, że będę grał bardziej agresywnie, ale to się nie sprawdziło i skutkowało wpadkami. Rzeczywiście, Hindusi grali przeciwko mnie dość silnie, ale ja też nie stworzyłem im za wiele warunków do pomyłek.
K.J: A jakie są twoje ogólne wrażenia jeśli chodzi o twój miesięczny pobyt w Indiach? Czy turnieje w których uczestniczyłeś dorównują poziomem organizacyjnym tradycyjnym, silnym turniejom w Europie?
R.W: Cały pobyt w Indiach, oczywiście poza moimi wynikami, oceniam bardzo pozytywnie. Organizatorzy obu turniejów bardzo się starali, żeby zapewnić wszystkim dobre warunki i trzeba przyznać, że im się to udało. Według mnie na tle Europy wypadają całkiem poprawnie. Zainteresowanie mediów też było ogromne, widać, że szachy są niesamowicie popularne w tym kraju.

GM Radosław Wojtaszek w pojedynku z IM Shyam Sundarem

K.J: W Gibraltarze również zanotowałeś nie najlepszy występ, zważywszy na fakt, że straciłeś kolejne cenne punkty elo, przybliżając się niebezpiecznie do granicy 2700 elo.
R.W: Dla mnie nie ma znaczenia czy mój raking wynosi 2699 czy 2701, teraz jest to już bardziej symboliczna granica, której osiągnięcie za wiele już raczej nie oznacza. Co do Gibraltaru, to wydaje mi się, że w jakimś sensie był on pochodną Indii, przedłużeniem słabej formy. Popełniałem w nim podobne błędy, ale myślę, że w niektórych partiach były już przebłyski optymizmu. Nie ukrywam, że ostatnie starty dość mocno zachwiały moją pewnością siebie, a w szachach jest to niesamowicie istotne. Teraz muszę spokojnie odbudowywać się, po prostu wrócić do tego co prezentowałem przed wyjazdem do Indii.
K.J: Pierwszy krok, by szybko się odbudować juz zrobiłeś – twoja wygrana w Memoriale Petrova była tym pozytywnym impulsem. Co prawda, był to turniej szachów aktywnych jednak stawka uczestników była doborowa…
R.W: No tak, akurat w Rydze czułem się bardzo dobrze. Myślę, że dobrze zrobiłem zaczynając właśnie od szachów szybkich, bo w nich zawsze czułem się bardzo dobrze. Oczywiście, miałem też trochę szczęścia, ale na takim dystansie jest ono nieodzowne. Zagrałem kilka dobrych partii, jak np. wygrana z Shirovem. Potem wygrałem jeszcze dwie partie na Bundeslidze, więc ta pewność siebie powoli wraca.
K.J: Ostatnio duże kontrowersje wzbudził szybki, trzyposunięciowy remis Eljanova z So na turnieju w Rejkjawiku, który zapewniał Ukraińcowi pierwsze miejsce. Jak oceniasz postawę obu arcymistrzów?
R.W: Jest to sporna kwestia, rozumiem przesłanki obu zawodników, ale to nie znaczy, że się z nimi zgadzam. Według mnie najłatwiej problem rozwiązują „Sofia Rules”, wtedy takich nieprzyjemnych sytuacji po prostu by nie było.
K.J: Za kilka godzin rozpoczyna się w Londynie jeden z najsilniejszych turniei szachowych ostatnich lat. Jakie są twoje prognozy jeśli chodzi o turniej pretendentów? Kogo upatrujesz w roli faworyta, a kto według ciebie może stać się „czarnym koniem”?
R.W: Tutaj na pewno nie mam nic odkrywczego do powiedzenia 🙂 Jak wszyscy uważam, że wielkim faworytem jest Carlsen, zagrozić mogą mu głównie Aronian i Kramnik. Ciekawy jestem postawy Gelfanda, który zawsze dobrze wypadał w tego typu turniejach. Jeśli uda mu się zbudować idealną formę, to może być groźny dla każdego.
K.J: Wydaje się, że „dołek” formy masz już za sobą. Potwierdzeniem tej tezy mogą być tylko starty. Gdzie w najbliższych miesiącach zamierzasz zagrać? Jakie są twoje plany?
R.W: Zobaczymy, dopiero kolejne starty pokażą, czy znowu stać mnie na dobre rezultaty. Teraz wystąpię w Lidze Rosyjskiej, gdzie powinienem spotkać się z bardzo silnymi przeciwnikami. Potem oczywiście Mistrzostwa Europy w Legnicy i Liga Francuska. Wszystkie te starty jednak służą przede wszystkim przygotowaniu się do dwóch, najważniejszych imprez w tym roku: Pucharu Świata i Drużynowych Mistrzostw Europy.
K.J: W takim razie życzę Ci szczęścia w nadchodzących turniejach! Mam nadzieję, że szybko potwierdzisz wynikami swoją przynależność do pierwszej dwudziestki rankingu światowego. Dziękuję bardzo za rozmowę.
R.W: Również dziękuję za rozmowę.