Nie tak zagrany Sibelius

0
196

Miałem kiedyś przyjemność wysłuchać konkurs skrzypcowy, którego celem był angaż dla jednego muzyka do filharmonii. Kilkudziesięciu startujących i tylko jedno miejsce. Jedno szczęście, jedna radość i kilkadziesiąt smutnych, zawiedzionych twarzy. Reguły konkursu były dość typowe w takich sytuacjach: grupa profesjonalistów musiała wybrać najlepszego muzyka metodą sukcesywnego odsiewu. Wyglądało to trochę tak jak w dobrze nam znanym Pucharze Świata w szachach, gdzie tabela po każdej rundzie jest łamana na pół i tak aż do samego finału, z tym, że w finale grało trzech muzyków i z tej trójki należało wybrać jednego, najlepszego. Konkurs trwał od wczesnych godzin rannych do późnych, wieczornych. Wreszcie ogłoszono wyniki, ostatnie dwie buzie posmutniały, a na jednej pojawił się promienny uśmiech. Dla muzyka angaż do filharmonii to wielka nobilitacja, wizja stabilnych finansów, możliwość podróżowania do wielu zakątków kuli ziemskiej, słowem, muzyk wchodzi na drogę stabilizacji. A co z resztą startujących? Wiadomo, wygrywa najlepszy, jednak ci, którzy odpadli muszą przecież jakoś egzystować. W trakcie tego konkursu rozmawiałem z klarnecistą, który oznajmił mi, że bycie muzykiem klasycznym to zawód parszywy, w którym jaką taką przyszłość mają przed sobą tylko ludzie naprawdę utalentowani, mający predyspozycje aby poprzeć swój talent tytaniczną pracą. Z tego konkursu zapamiętałem też słowa jednej ze skrzypaczek, która będąc blisko finału wyszła z sali przesłuchań ze spuszczoną głową, mówiąca do siebie: „Jeszcze nie teraz. To nie był tak zagrany Sibelius”…

Zastanawiające jest, jak łatwo zabrnąć w ślepą uliczkę poświęcając swojej miłości, sportowi, muzyce, szachom całą swoją młodość, zostając na końcu tej drogi może nie z niczym ale z dużym dysonansem, spowodowanym niewspółmiernością wysiłku włożonego w dzieło, a korzyściami jakie z tej „pracy życia” się otrzymało. Choć muzykę i szachy jako rzeczy same w sobie trudno zestawiać, to przedstawicieli obu tych dziedzin łączy wiele. Muzyka, najbliższa ludzkiej duszy, wydaje się dziedziną ludzkiej działalności w bardzo niewielkim stopniu obarczoną piętnem rywalizacji, tymczasem rzeczywistość jest tu znacznie bardziej prozaiczna. By muzykować i móc się z tego utrzymać na dobrym poziomie, trzeba być najlepszym, talenty przeciętne, jeśli inne czynniki w życiu nie są korzystne, będą wiodły żywot przeciętny. Rywalizacja zarówno w muzyce jak i w szachach jest straszna. Według mnie kwestią zasadniczą jest uświadomienie sobie swojego realnego potencjału w tym co robimy i w przypadku wyniku negatywnego takiej analizy, niezwykle ważnym jest by nie przeoczyć właściwego momentu na powrót z tej drogi, aby zminimalizować życiowe straty. Czasami ów muzyk, czy szachista, ma szczęście i spotyka na swojej drodze kogoś, kto uświadamia mu, że już jest za późno, że droga do wysokiego poziomu w tej dziedzinie, a tym samym godziwego poziomu życia, jest już dla tego człowieka zamknięta, czasem zaś nie spotyka kogoś trzeźwo patrzącego, znającego dyscyplinę i ów nieszczęśnik podąża za swoją fantasmagorią, goniąc iluzję. Wielu, zwłaszcza młodym ludziom, brakuje do siebie dystansu, mają problem by spojrzeć na swoje osiągnięcia lub ich brak, obiektywnie. Zewsząd też młody człowiek słyszy słowa otuchy: ze strony rodziny, trenerów, opiekunów i stopniowo gubi nić, która ma go zaprowadzić do życia dającego satysfakcję..

 No, bo co mam zrobić, jak poprowadzić rozmowę, gdy podchodzi do mnie tata jednego z juniorów (Lat 15), i rozmawia ze mną o przyszłości swojego syna w szachach, a ja tej przyszłości po prostu nie widzę, oczywiście  w rozumieniu kariery profesjonała? Jego 15 letni syn ma 2100 elo, wygrywa jakieś tam drugorzędne turnieje, lokalnie jest może i mocny, ale co ja mogę powiedzieć? Pytam o szkołę, czy ta nie cierpi z powodu szachów. Dowiaduję się, że cierpi. Mówię, że szkoły z oczu nie należy tracić, że szachy, tak, jak najbardziej, ale i szkoła. Nie mówię wprost, że 15 latek z 2100 elo to już jest po zawodniku (Mam też wiedzę, że dzieciak nie progresuje już od dwóch lat) i że znajdujemy się w sferze jakiejś iluzji. Nie podzielam ich entuzjazmu, a ci patrzą na mnie nawet lekko zdziwieni, że przecież ktoś kto popularyzuje szachy to powinien przyklasnąć, zachęcić, a tu stoi przed nimi ktoś, komu tylko lekko się błąka uśmiech na twarzy i mówi tak przyziemne rzeczy?

Inaczej się sprawy mają, gdy młody adept jest na początku tej drogi i wszystko się może zdarzyć. Bardzo mi brakuje w polskiej i tak szczątkowej debacie o szachach jasnej wykładni, skierowanej do rodziców młodych szachistów, co ich tak naprawdę czeka na tej drodze i jak ciężko jest wyszkolić klasowego szachistę, który będzie się w stanie w przyszłości z tej pasji utrzymać. Rodzice często nie orientują się jak wielkie nakłady finansowe są potrzebne, jak potężnym zapleczem muszą dysponować dla zawodnika, z którego chcemy ulepić liczącego się na świecie arcymistrza. Oczywiście, nie rozmawiamy teraz o dzieciach i młodzieży, która chce grać w szachy półamatorsko, uprawiać tak zwaną turystykę szachową. Tutaj nie widzę problemu. Większość dzieci potrafi równocześnie ogarnąć szkołę oraz szachy i czerpie z gry królewskiej wiele korzyści, poznaje ciekawych ludzi, zwiedza kraj, a robiąc to co robi minimalizuje czas, w którym można by robić znacznie głupsze rzeczy. Chodzi mi o młodych sportowców, którzy kochają szachy, rzucają się na nie, nie widząc świata poza nimi, chcieliby zostać wielkimi mistrzami. Realia są tutaj jednak bardzo trudne, sądzę, że jeśli dziecko nie pochodzi z dobrze sytuowanej rodziny jego szanse maleją i to znacznie. Jeśli się nie mylę, nie usłyszałem nigdy w wywiadach z Janem Dudą czy Darkiem Świerczem o kwotach jakie zostały w nich zainwestowane, aby doszli do tego pułapu, na którym się znajdują. Te sumy z całą pewnością są ogromne. Rodzice, zafascynowani początkowymi sukcesami dziecka chcą oczywiście mu pomóc, to naturalne, jednak po jakimś czasie pojawia się zniechęcenie…

Na Mistrzostwach Świata kadetów w Batumi nasi młodzi zawodnicy stanowili tło dla głównych aktorów z innych państw. Chyba już można spokojnie rozmawiać o pewnej tendencji. Coraz częściej statystujemy najlepszej młodzieży z innych krajów i ustępujemy im w wielu sportowych aspektach. Niepokoi mnie jeszcze inna sprawa. Po każdym z z nieudanych występów polskiej młodzieży wszelkie analizy czynione są, według mnie, z przesadną delikatnością, żeby młodych ludzi nie urazić, nie obrazić rodziców itd. Jednak w sporcie słodzenie bez względu na fakty to jest zła droga. Dziesięcioletni szachista to młody, inteligentny człowiek i wie czym szachy pachną, jest świadomy, że rywalizacja w nich jest na śmierć i życie. Tymczasem słyszy o swoim złym występie, że „szkoda”, że „może następnym razem”, coś jak w słynnej kibicowskiej przyśpiewce „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało”. Otóż stało się, a mały szachista czyta o swoim występie ten mijający się z prawdą stek eufemizmów. Według mnie nie tędy droga, to droga do stopniowego pogarszania się i tak już niskiego poziomu szachów młodzieżowych. Wszystko odbywa się w dość sielskiej atmosferze i nie mogę się doszukać rozbudowanych, szczegółowych analiz jeśli chodzi o przyczyny tak słabego startu naszych, wszyscy chcą o zdarzeniu jak najszybciej zapomnieć. Zaraz pewnie dowiem się, że to ja się mylę, że skąd mogę wiedzieć jak to jest, przecież nie siedzę w tym etc. Wiem znacznie więcej, niż się komuś może wydawać, natomiast są wyniki i to one od pewnego czasu mówią nam prawdę dość niewygodną…

Temat: „Co zrobić, by nasza młodzież była na samej górze, by brawurowo grała rzeczonego Sibeliusa” jest bardzo złożony. Gdzie w dobie ogólnodostępnych mediów, Internetu, jest debata o tym właśnie? Z kim o tym rozmawiać? Kto powinien inicjować tego typu przedsięwzięcia? Czas działa na naszą niekorzyść…