Mistrzostwo Polski dla Moniki i Bartosza Soćków!

0
228
Właściwie emocje sięgnęły zenitu dzień przed finałową, ostatnią rundą Mistrzostw Polski i nie zmieniło się to aż do samego końca tych rozgrywek. Runda przedostatnia to był po prostu horror, inne określenie nie pojawia się w moich myślach, nie mam nic innego na podorędziu. Stwierdziłem, że nie napiszę nic, bo potrzebowałem ochłonąć. Kamil Dragun z  Kacprem Piorunem zagrali karkołomny, pełen błędów, pomyłek i niedokładności mecz, który dla mało odpornych kibiców mógł być bardzo ciężkim doświadczeniem. W jeszcze gorszej sytuacji znaleźli się ci, którzy w jakiś szczególny sposób kibicowali któremuś z przeciwników – ta partia mogła przyprawić ich o niekontrolowane skoki ciśnienia. Koniec końców, to Kamil Dragun pomylił się jako przedostatni i dzięki zwycięstwu, w ostatnim dniu rozgrywek miał szansę (w przypadku pokonania Darka Świercza) na finałową dogrywkę. Nie stało się tak jednak. Kamil zaprzepaścił bardzo perspektywiczną pozycję i musiał zgodzić się na remis.
Mateusz Bartel, by mógł liczyć na cokolwiek, musiał wygrać w ostatniej rundzie z Kamilem Mitoniem. Ustawił swoją słynną holenderską strukturę, zaryzykował, jednak został bardzo szybko skontrowany i stanął w przegranej pozycji. Podział punktu w tym pojedynku oznaczał, że były Mistrz Polski nie podtrzyma swojej, trwającej kilka lat passy. Zmiana na tronie okazała się faktem, nie wiadomo było tylko, kto zajmie jego miejsce.
Dogrywki, zarówno w turnieju męskim jak i kobiecym były niezwykłe, mógłbym się bardzo długo rozpisywać, jednak większość z Was oglądała tę bitwę o najważniejszy krajowy tytuł w szachach. Monika i Bartosz Soćkowie okazali się w dogrywkach bezkonkurencyjną parą i tym samym potwierdzili swoją dominację w polskich szachach. Serdeczne Gratulacje!!


Mistrzowska para: Bartosz i Monika Soćkowie (źródło zdj. PZSzach)

Jeśli chodzi o juniorów Jasia Dudę i Kacpra Drozdowskiego to zaprezentowali się w miarę przyzwoicie, choć to nie był jeszcze ich rok. Myślę, że w przyszłym roku, jeśli obaj dobrze przepracują nadchodzący czas, mogą się liczyć i pójść przebojem tak, jak to zrobił w tych mistrzostwach Kamil Dragun, który zagrał fantastyczne zawody. Kamil ma świetną cechę, która w silnych turniejach niezwykle pomaga: gdy przegra, szybko się podnosi, zapomina i siada z nową energią do kolejnego przeciwnika. Z psychologicznego punktu widzenia, gdy ma się właśnie taki stosunek do porażek jest się co najmniej o pół kroku do przodu w stosunku do tych, którzy rozpamiętują, cierpią, spędzają bezsenne noce… W takich zawodach na podobne hamletyzowanie nie ma po prostu czasu – trzeba siadać, szybko się przygotować, zregenerować  i… grać!

A więc układ w polskich szachach jest już znany. Czołówka pozostała czołówką i takie nazwiska jak Soćko, Gajewski, Bartel wciąż dominują. Nie specjalnie też widać, by miałoby się coś w tej materii odmienić w przeciągu jednego roku. Wśród pań sytuacja wygląda podobnie – pierwsze trzy, a właściwie cztery nazwiska, nie są chyba dla nikogo żadnym zaskoczeniem. To jest nasza kobieca „forpoczta” i tutaj głową ręczę, to się również nie zmieni.
To tyle. Jeśli chodzi o sam poziom mistrzostw to w wielu partiach było mnóstwo błędów, niedokładności. Wiele pojedynków było niezwykle trudnych do komentowania, gdyż logika często była mordowana i końcowe wyniki były dość przypadkowe. Działo się tak w obu turniejach. Jednak sam aspekt sportowy, bojowość wielu pojedynków, rekompensowały ten niedostatek. 
 Już za kilkanaście dni Mistrzostwa Europy w Legnicy! Ależ tych imprez się nagromadziło i każda z nich jest czymś na swój sposób niepowtarzalnym! Trzeba nam się cieszyć, że wydarzenia tej rangi są w Polsce. To jest doskonała promocja naszej dyscypliny i może za jakiś czas da to owoce w postaci zaproszeń dla naszych arcymistrzów i arcymistrzyń na silne kołowe turnieje. Bądźmy dobrej myśli!