Mateusz Bartel analizuje start Polaków!

0
228

Krzysztof Jopek:  Mateusz, miałem całkiem inaczej zacząć z tobą wywiad, jednak dziś z Moskwy dotarła do nas bardzo smutna wiadomość – zmarł wybitny trener, Mark Dworecki. Czy mógłbyś powiedzieć jaką rolę w twoim sportowym kształceniu odegrały prace jednego z najlepszych szkoleniowców naszych czasów?

                Mateusz Bartel: Marka Dworeckiego nie miałem okazji poznać osobiście, nigdy z nim nie trenowałem. Jednak jego wkład w rozwój metod szachowego treningu był tak duży, że każdy arcymistrz na świecie musiał mieć styczność z jego metodami treningowymi czy też książkami, z których każda była pozycją klasyczną. Był to trener, który kładł nacisk na kulturę szachową, przez którą rozumiem znajomość końcówek i ogólnych prawideł rozgrywania środkowej fazy partii. W dobie opętania teorią debiutów o tych aspektach wielu młodych graczy zapomina.
                Co do mnie – w mniejszym lub większym stopniu studiowałem niektóre książki napisane przez Dworeckiego. Nie było w tym jednak większej systematyki – może jeszcze nie za późno, aby to nadrobić.

K. J: Olimpiada w Baku przeszła do historii. Co jest dla ciebie największym zaskoczeniem w końcowym układzie tabeli turnieju open?

                Mateusz Bartel: Prawdę mówiąc, z wiekiem, zaskakuje mnie coraz mniej. W turniejach szwajcarskich, przy coraz bardziej wyrównanej stawce, faworytom bardzo trudno udowadniać swoją przewagę. Natomiast ewentualne porażki, które po prostu muszą się zdarzać, spychają drużynę o dziesiątki miejsc.
                Jeśli miałbym wybrać drużyny, które najbardziej rozczarowały, to nie będę oryginalny, jeśli wspomnę o Chińczykach i Azerach. Obrońcy tytułu sprzed dwóch lat od dawna robili bardzo dobre wrażenie, byli solidni i (pozytywnie) przewidywalni, a tym razem grali bardzo niepewnie. Po Azerach spodziewałem się walki o najwyższe laury, ale zawiódł ich transfer, Arkadij Naiditsch (co zresztą, samo zjawisko transferów, jest dla mnie bardzo negatywne) i w ogóle przerosła ich chyba wizja (ponoć) bajońskich kwot, które mieli obiecane za sukces. Na pewno też niespodziewane były dalekie pozycje innych solidnych drużyn, np. Niemiec, a zwłaszcza Holandii. Ta ostatnia drużyna liderowała (!) po 5 rundach, a potem z sześciu spotkań przegrała, jeśli się nie mylę, cztery!
                Były też ekipy, które zaskoczyły na plus, np. Iran czy Kanada. O ile Iran od lat robi postępy i wyniki tej młodej drużyny są po prostu naturalną koleją rzeczy, to Kanadyjczycy, wzmocnieni Jewgienim Bariejewem (kolejny transfer, choć bardziej naturalny, gdyż wynika z tego, że Bariejew, jeśli się nie mylę, jakiś czas temu osiedlił się w Kanadzie) w ostatniej rundzie walczyli na pierwszym stole i mogli utrzeć nosa faworyzowanym Amerykanom. Tego nikt po takiej ekipie zupełnie się nie spodziewał!
                Natomiast, jeśli chodzi o medalistów, to nie było większych niespodzianek. Może jedynie wynik Ukraińców jest nieco ponad to, co od nich oczekiwano, ale też pamiętajmy, o tym, że Korobow czy Wołokitin mają teraz bardzo niskie rankingi i to wpłynęło na to, że Ukraina miała 5 numer startowy. Zresztą Wołokitin, mimo rankingu w okolicach 2640, zrobił aż 8,5 z 9, przypominając o tym, że przez lata był w okolicach top 30-50 na świecie.
                Wygrana Amerykanów nie dziwi, choć jednocześnie martwi. To sukces, można powiedzieć, kupiony – transfery Caruany i So uczyniły z tej ekipy niemal dream team. Owszem, nie oni pierwsi (Karjakin!) i nie ostatni zrobili takie coś, ale czy na pewno o to chodzi w Olimpiadach Szachowych?
                Co do Rosjan – nie wygrali kolejnej Olimpiady (to już 14 lat od ich ostatniego triumfu!), ale tym razem zagrali zupełnie dobrze. Do sukcesu brakowało niewiele, a od dawna nie są wyraźnymi faworytami, mimo – niezmiennie – pierwszego numeru startowego.

K. J: Jeśli chodzi o olimpijskie starty Rosjan dość ciekawie przeanalizował to zagadnienie Emil Sutowski. Szef ACP dochodzi do wniosku, że Rosjanie mieli po raz kolejny problem z wygraniem Olimpiady, gdyż nie potrafili przełamywać silnych drużyn. Słabsze zespoły ogrywali klasą gry, jednak czegoś Rosjanom nie dostaje w meczach „na szczycie”…

                Mateusz Bartel: Oczywiście, umiejętność gry z najgroźniejszymi rywalami jest kluczowa, ale akurat tym razem Rosjanie walczyli z nimi jak równy z równymi. Tak naprawdę, gdyby nie wpadka Tomaszewskiego z Ponomariowem i potem rewelacyjnego Niepomniaszczego z So, to Rosjanie by wygrali. Oczywiście to tylko gdybanie. Natomiast jeśli porównywać drużynę Rosjan tę z tego roku, do tej sprzed lat – brakuje przede wszystkim charyzmy Kasparowa. Drużyna, w której jest taki gość jak Kasparow od razu sieje popłoch, bo on swoją osobą elektryzuje kolegów i dominuje rywali. Kramnik to zupełnie inny człowiek. Wydaje mi się, że ekipy faworytów potrzebują wyrazistych postaci, charakternych przywódców.

K. J: Zajmijmy się startem Polaków – czy mógłbyś opowiedzieć, które momenty turnieju były dla zespołu kluczowe, przełomowe. Jak to się wszystko u was zmieniało, chodzi mi o nastroje, na przestrzeni tych 11 rund?

                Mateusz Bartel: Zacznę od tego, że jest to moja subiektywna opinia, niekoniecznie pokrywająca się z opiniami innych.
                Na pewno najbardziej istotne na starcie było to, że… Kacper Piorun się zatruł. W Internecie wiele osób nie rozumiało dlaczego Kacper nie gra i krytykowało kapitana za brak wystawienia debiutanta. Prawda była inna – Piorun miał grać od pierwszej rundy, a odpoczywać mieli inni. Niestety, wyszło inaczej i miało to spory wpływ na to, jak nam szło na starcie, może wpłynęło na wynik całego turnieju. Na Kacpra bardzo liczyliśmy, a zagrał on bardzo słabo – chyba do końca turnieju odczuwał skutki problemów, które go spotkały.
                Na pewno bardzo istotna była trzecia runda, czyli mecz z Kubą. To był mecz do wygrania i to nawet wtedy, gdy Darek rozegrał słabą partię. Wystarczyło, żebym ja … nie wziął pionka na c2. Sam nie wiem, co przyszło mi do głowy – pozycja była lepsza, do tego w moim stylu, miałem świetne perspektywy na cały punkt. Zamiast tego wziąłem pionka i od razu mogłem się poddać. Takie momenty są istotne dla drużyny – na pewno spadło morale, do tego wpłynęło to na moją pewność siebie, której nie odnalazłem tak naprawdę do końca turnieju. Może byłoby inaczej, gdybym w 4 lub 5 rundzie się ogarnął. Niestety, w 4 nie wygrałem w jeden (prosty!) ruch, w 5 grałem fatalnie, a jak pojawiła się szansa na remis, to przegrałem w jednym ruchu, choć wcześniej planowałem zagrać inny (jedyny) ruch. Te niewytłumaczalne błędy sprawiły, że drużyna (i ja) tam trochę straciła wiarę we mnie, a dodając do tego niepewną formą Kacpra, to zaczęło się robić nieciekawie – trudno grać, jak dwóch graczy sobie nie radzi, a do tego w tamtym momencie również Darek grał niepewnie. Zresztą, w przypadku Darka liczyliśmy na to, że w 2 lub 3 rundzie odpocznie – dopiero co przeprowadził się do USA, leciał do Baku z Saint Louis i na pewno odczuwał ‚jet-lag’. Niestety, odpocząć za szybko nie mógł…
                Nasz mecz ostatniej szansy przypadł na mecz z Czechami. Co ciekawe, taktycznie ten mecz rozegraliśmy logicznie – trzy remisy i gra na II desce nie były nam nie na rękę, patrząc na wcześniejsze poczynania naszych graczy. Niestety, Janek tym razem miał słabszy dzień, zresztą w ogóle osłabł na finiszu.
                Na szczęście, nie podłamaliśmy się po 8 rundach i na finiszu spisaliśmy się lepiej. To na pewno zasługa kapitana, Bartosz Soćko, a także atmosfery, która przez cały czas była bardzo dobra. Cieszy to, że w trudnych chwilach nie „olaliśmy” turnieju, ale się zmobilizowaliśmy i walczyliśmy do ostatniego ruchu. Na specjalną pochwałę, moim zdaniem, zasłużył Radek, który zagrał ostatnie rundy mimo wyraźnych problemów zdrowotnych i zagrał te partie świetnie. Laicy twierdzili, że jego partia ze Stefanssonem była żałosna, ale ja uważam, że była to najwyższa forma poświęcenia dla drużyny – Radek tej partii nie powinien grać, ale z uwagi na to, że Janek był po dwóch porażkach, trudno było o inne rozwiązanie. Radek więc poszedł i „oddał” swoje punkty rankingowe, fiksując szybki remis i zostawiając nam przewagę koloru. Takie rzeczy też są cenne.
                Oczywiście, należy się zastanowić co na tej Olimpiadzie poszło nie tak. Bo nie oszukujmy się, scenariusz wydarzeń był słaby, a miejsce lepsze niż gra. Tutaj jest sporo pytań, odpowiedzi nie są oczywiste.

K. J: W przypadku waszego startu nic nie jest oczywiste, na pewno ocena nie może być jednoznaczna. Siódmym miejscem, imponującym finiszem, którym pokazaliście charakter zespołu niby bronicie się, jednak obiektywnie patrząc nie wygraliście z żadnym z równorzędnych wam zespołów. Wiele punktów meczowych uciekło drużynie z powodu remisów z dużo słabszymi rywalami…

                Mateusz Bartel: Oczywiście, nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Remisy z Mołdawią czy Paragwajem były słabe, tak samo jak porażki z Kubą i Czechami. Tak naprawdę wyglądało to tak, że wystarczał najmniejszy opór i już mieliśmy problemy. Poza Jankiem (do pewnego momentu) wszyscy grali jakby niepewnie, bojaźliwie, bez wyrazu. Może za bardzo chcieliśmy? Męska drużyna od dziesiątek lat nie miała żadnego sukcesu, w ostatnich latach sporadycznie notowała dobre wyniki nie tylko w turniejach, ale nawet w pojedynczych meczach – myślę, że ta podświadoma chęć zmiany tej sytuacji może nas gdzieś paraliżować.

                K. J: To pewnie tylko jedna z wielu przyczyn, że tego turnieju nie będziemy najlepiej wspominać. Wiemy, że to trudna analiza, wątki nieraz się urywają, jednak chciałbym dalej pociągnąć temat tego, co tak naprawdę stoi na przeszkodzie, by zespół się przełamał i zagrał wreszcie świetne zawody. Jakie masz jeszcze przemyślenia na ten temat?

                Mateusz Bartel: Cóż, żeby zespół zagrał świetnie potrzeba wielu rzeczy, ale przede wszystkim dobrych graczy i umiejętności gry o najwyższe cele z najlepszymi rywalami. O ile poziom naszych zawodników stale rośnie – Radek Wojtaszek to zawodnik, który zmieściłby się praktycznie w każdej reprezentacji świata, Janek Duda szybko progresuje i zaraz będzie w szerokiej czołówce, mocno przyspieszył (co prawda wcale nie taki młody, ale nadal głodny sukcesów) Kacper Piorun, nie zapominajmy (o nadal stosunkowo młodych) Darku Świerczu czy Kamilu Dragunie – to naprawdę spory potencjał. Z tego może coś być.
                Ja widzę tu dwie kwestie. Pierwsza to taka, że mamy za mało kontaktu z czołówką światową – poza Radkiem większość z nas rzadko gra z zawodnikami 2700+. Nie to, że tego unikamy – to po prostu nie jest proste. Największy problem w tym, że w Polsce od wielu lat nie ma żadnego turnieju kołowego, który dawałby szansę na taki kontakt. Człowiek przyzwyczajony nie tylko do widoku, ale do gry tuż obok Carlsena czy Kramnika inaczej będzie z nimi grał (nawet będąc słabszym) niż wtedy, gdy zagra z nimi niemal po raz pierwszy. Szansę na grę z najlepszymi dają silne openy – i dlatego nasi gracze, często na swój koszt, jeżdżą na takie turnieje, aby się uczyć i ogrywać – w Katarze w grudniu 2015 była nas niemała grupa, w efekcie Kacper Piorun zremisował z Kramnikiem, a Janek Duda grał z Carlsenem.
                Ale to są openy, starcia z najlepszymi nie są w nich regułą. Do tego, gra w turniejach kołowych, to gra pod większą presją. Tacy gracze sami narzucają presję. To bardzo trudne, zagrać trzy dni z kolei, np. z Nakamurą, Carlsenem i Vachierem – każdy chce Cię ograć, nie ma zmiłuj. Tutaj człowiek się szkoli pod względem psychologicznym. A tego też nam brakuje – gdy pojawia się presja, gdy są oczekiwania to jako drużyna (chyba) się spalamy. Przynajmniej tak to wygląda.
                Być może brakuje naszej drużynie pewnego charakteru, stylu. Mając takiego lidera jak Radek – bardzo solidnego, grającego w pewnym sensie przewidywalnie – czarnymi większość partii zremisuje, białymi większość partii wygra (w normalnej formie), być może cała nasza drużyna powinna grać solidniej. Bo wówczas Radek też czułby się pewniej i wyniki drużyny byłby bardziej stabilne – może tego nam potrzeba. Ale z drugiej strony ta teoria wcale nie brzmi jakoś bardzo sensownie, więc nie każdemu przypadnie do gustu.
                Na pewno źle reagujemy na porażki, często podcinają nam one skrzydła. Choć atmosfera jest dobra, a może właśnie dlatego, często się pocieszamy, zamiast uderzyć w stół. Może czasem potrzeba wstrząsu, mocnego żołnierskiego słowa, aby się otrząsnąć, przeżyć katharsis i od następnego dnia grać od nowa, lepiej? W sumie, w pewnym sensie, takie katharsis przeżyliśmy na chyba najlepiej zagranym turnieju (pod względem drużynowym), w którym grałem – na DME na Krecie w 2007 roku. Wówczas przegraliśmy dwa pierwsze mecze z Czarnogórą (0,5-3,5) oraz Islandią (1-3). Później odbyliśmy poważną rozmowę, zmieniliśmy pewne rzeczy i … pokazaliśmy inną twarz i wielki charakter, wygrywając cztery kolejne mecze, potem dwa remisując i na końcu znowu wygrywając, kończąc na 4 miejscu. Oczywiście, w Polsce „eksperci” marudzili na ten wynik, że dołem, że przypadkowo i tak dalej. Dla całej drużyny i dla mnie było to jednak wspaniałe przeżycie i wielki triumf sportowej woli. Z drugiej strony, nadal mamy tę Kretę w pamięci i jak nam nie idzie chcemy, by to się powtórzyło. Ale się nie powtarza, choć – w mniejszym stopniu – w Baku się udało.
                Marzy mi się turniej, w którym będziemy grać przede wszystkim równo, notując mało porażek. Tego mi strasznie brakuje. Kibice często tego nie rozumieją, ale w drużynie BARDZO ważne jest to, aby nie przegrywać partii. Remis 2-2 często może mieć inny wpływ na drużynę w przypadku 4 remisów, a inny w przypadku wymiany ciosów. Nie każdy gracz jest w stanie grać po porażce, można w takim meczu „stracić” dwóch zawodników i się nie podnieść. Remisy, z zasady, szachistów wkurzają mniej. I jeśli drużyna przegrywa mało partii, to i jej morale jest wyższe.
                Inną rzeczą, która mi się marzy, to pokonanie rywala z tej samej półki, bądź lepszego. Mamy z tym problem, ale to może wynikać z tego o czym mówiłem wcześniej – ze zbyt małego doświadczenia, by do takich spotkań przystępować z komfortem psychicznym. W tym miejscu na pewno wiele osób powie, że pora na zmianę zawodników (na młodszych, rzecz jasna). Problem w tym, że nie tak wielu jest następców, a i oni, niestety, nie mają (i trudno im będzie zdobyć) odpowiedniego doświadczenia i ogrania. A Janek Duda, który bez względu kiedy i gdzie gra z każdym na 150% zdarza się stosunkowo rzadko.

Mateusz Bartel. Foto: Łukasz Turlej.
K. J: Cóż, obaj wiemy, że w Polsce nie ma dobrej pogody na wyczynowe szachy, teraz jest boom na szachy masowe, szanse na mocną kołówkę u nas są iluzoryczne i nie ma na to rady, natomiast z twojej relacji wynika, że wy te zawody przegraliście w swoich psychikach i tutaj gdzieś można by zacząć ciężką pracę nad odpornością. Jednak gdy o tym rozmawiamy, ty zwykle odpowiadasz, że w Polsce nie ma psychologów sportu, którzy by orientowali się w specyfice naszej dyscypliny…

                Mateusz Bartel: To trudne zagadnienie. Szachiści, z racji specyfiki sportu, mają wypracowane jakieś techniki radzenia sobie z trudnymi sytuacjami psychologicznymi. Jednym wychodzi to lepiej, drugim gorzej, ale na poziomie arcymistrza każdy ma pewne mechanizmy, które pomagają mu w tym, by w stresie, po presją reagować dobrze, jak najlepiej. Z tego punktu widzenia, znalezienie odpowiedniego specjalisty do pracy z szachistami nie jest takie proste – zwykłe, książkowe podejście nic tu nie da. Bo w szachach nie jest tak, że jak człowiek nastawi się nie wiadomo jak pozytywnie, to będzie w stanie przesuwać granice swojej wytrzymałości. To jest zupełnie co innego. I żeby szachiści „kupili” współpracę z psychologiem, muszą widzieć i czuć, że ten specjalista chce pomóc, chce wczuć się w dyscyplinę. Nie zmienia to faktu, że część z naszych kadrowiczów współpracuje czy współpracowało z psychologami.
                A jeszcze z innej beczki – zatrudnianie specjalistów to są koszty. W polskich szachach pieniędzy jest niewiele (oczywiście, kwestia porównania – ja zawsze porównuję do innych krajów z czołówki światowej), to też wpływa negatywnie na chęć poszerzania tego typu współpracy.

K. J: No, nie mogę się zgodzić z tym co powiedziałeś, chyba, że będzie dało się utrzymać tezę, że psychologowie sportowi pracujący z czołówką światową w szachach orientują się dokładnie w tym co robi superarcymistrz.  Generalnie szachy jako sport mają podobne składowe: oczekiwanie wyniku, presję, napięcie, wysiłek, jest zmęczenie itd. Psychologowie sportowi pomagają skoczkom narciarskim, biatlonistom, kolarzom, szachistom nie będąc w tych dyscyplinach zawodowcami. Oni są zawodowcami w swojej dziedzinie, co im nie przeszkadza pomagać w przekraczaniu kolejnych barier sportowcom. Jeśli myślimy o zbudowaniu profesjonalnej drużyny trzeba łapać każdą szansę, każde 5 procent, które może mieć decydujące znaczenie czy będzie sukces.

                Mateusz Bartel: Nie wiem jacy psychologowie współpracują z szachistami, więc nie umiem zająć tutaj stanowiska. Zresztą, jak mówiłem wcześniej, ja nie jestem przeciwny takiej współpracy. Jestem wręcz otwarty na nią. Po prostu moje dotychczasowe doświadczenia są raczej umiarkowane, a korzyści niemierzalne. Być może jednak to już moja wina, a nie osób, z którymi miałem okazję współpracować 🙂

K. J: A jakie właściwie ma znaczenie ta powtarzana od dawna mantra po tytułem „atmosfera w zespole”? Czy nie jest ona zbyt przeceniana? W naszej rozmowie mówisz o wielu pozytywnych zespołowych reakcjach w kadrze, wzajemnej pomocy, choć wydaje się, że to nie do końca przekłada się na wynik. Niedawno powiedziałeś mi, że paradoksalnie najlepiej grają zespoły, które nie są ze sobą tak zżyte, ot, panowie idą na odprawę, potem każdy wraca do swojego pokoju, odpala kompy przygotowując się na przeciwnika…

                Mateusz Bartel: Na pewno atmosfera nie przekłada się na wynik bardzo bezpośrednio. Być może w ogóle nie ma ona większego znaczenia. Jednak, jak sądzę, każdy woli przebywać w towarzystwie osób, które lubi i ceni, a nie w towarzystwie wrogów. Moim zdaniem to, że w grupie jest zżycie i dobra atmosfera to zawsze plus, tak samo jak to, że jesteśmy w stanie sobie pomagać i ze sobą współpracować. To jest coś, czego inni często nie mają.
                Czasami faktycznie jest tak, że ekipy, które się kłócą mają lepsze wyniki. Może to powinna być lekcja dla nas, że czasami warto powiedzieć sobie pewne nieprzyjemne rzeczy prosto w twarz. Trudniej to powiedzieć osobom, które lubisz, ale może przynieść dobre efekty.

Jest też coś takiego jak turniejowe szczęście, według ciebie to jest pewien dość losowy aspekt, który ma jednak ogromne znaczenie, jesteś też zdania, że drużyna nie miała go zbyt dużo w Baku…

         Mateusz Bartel: Przy coraz bardziej wyrównanym poziomie, szczęście odgrywa wielką rolę, jeśli chce się zawody wygrać. Oczywiście, nie do końca wiadomo, czym to szczęście jest, ale na pewno taki faktor istnieje i jest ważny. Spójrzmy na Amerykanów – w ostatniej rundzie wygrali zaledwie 2,5-1,5, a przecież So dograł się białymi przegranej pozycji. I myślę, że droga do wygranej była absolutnie w zasięgu jego rywala. Porażka w tamtej partii oznaczałaby, że zupełnie inaczej ocenialibyśmy występ USA. Ale pomogło im szczęście.
To jest „szczęście” widoczne, takiego szczęścia sporo miały np. nasze panie – często wygrywały pozycje, których wygrać nie miały prawa i tak dalej. I choć jest to sprawa niezaprzeczalna, to jednocześnie trzeba pamiętać, że „szczęście” nie bierze się z niczego – powiedzenie, że „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana” w przypadku naszych pań sprawdza się znakomicie. One, a zwłaszcza Klaudia Kulon, potrafią rzucić się w wir wydarzeń tak, jakby jutra nie było. To ryzykowne, ale zachęca Fortunę do współpracy.

Natomiast w przypadku naszej drużyny tego elementu „szczęścia” przez większość turnieju brakowało. Przez 8 rund tak naprawdę nic nam nie przyfarciło – nawet w meczu z Mołdawią przeciwnik w partii z Kacprem przypadkiem ustawił twierdzę. Dla kontrastu, mieliśmy sporo szczęścia w 10 rundzie (i dlatego wygraliśmy niepewny mecz z Islandią) i to od razu rzutowało na wynik.

Do tego oczywistego elementu szczęścia dochodzi też szczęście ukryte, o czym czasami mówią zawodnicy czołówki. Przecież nawet takie „trafienie” w debiut czy wariant to też jest szczęście – czasami ktoś ma świetną ideę, która od kilku lat leży gotowa do użycia i nagle w najważniejszym meczu wchodzi w życie i jest pozamiatane. A może być na odwrót – jesteśmy idealnie przygotowani, ale jedna czy dwie linie trochę nas martwią. I – OCZYWIŚCIE – przeciwnik trafia w ten czuły punkt. To są sprawy, w pewnym sensie, losowe, choćby zawodnik nie wiem jak dobrze był przygotowany, to czasem zdarzy mu się wpadka. 

Nie chciałbym, żeby wyszło, że naszą postawę, a już na pewno nie mój występ, usprawiedliwiam brakiem szczęścia. Natomiast myślę, że Fortuna zdecydowanie nie była po naszej stronie, choć niewykluczone, że my tej Fortunie nie dawaliśmy okazji się wykazać.

K. J: W jakich nastrojach wracaliście z Baku, snuliście plany na przyszłość? Jak podsumowaliście ten turniej i, przede wszystkim, do jakich wniosków doszła drużyna?

                Mateusz Bartel: W turniejach szwajcarskich jest tak, że jak się wygrywa na końcu, a zwłaszcza trzy ostatnie spotkania, to wiadomo, że humor ma się niezły. Na pewno wynik na końcu był przyzwoity, więc i humory złe nie były. Do tego doszedł jeszcze sukces dziewczyn (a raczej to my się skryliśmy w ich blasku), więc było zdecydowanie radośnie.
                O planach na przyszłość wiele nie wiem, zresztą jako najstarszy zawodnik w drużynie, czuję, że wiele osób – kibiców (pozdrawiam czytelnika Twojego bloga, dla którego od wielu lat jestem „hamulcowym reprezentacji”) czy działaczy, wolałoby żeby na moje miejsce pojawił się ktoś inny. Cóż mogę powiedzieć – pewnie przyjdzie na to czas, ja natomiast będę robił tyle, żeby na kolejne imprezy się załapać i dorzucić coś od siebie dla drużyny. Na Olimpiadach zazwyczaj mi się to nie udawało (dobrze zagrałem raz, przeciętnie też raz, cztery razy słabo), ale już na DME zazwyczaj grałem dobrze i zawsze uzyskiwałem wyniki rankingowe powyżej 2600, na 41 partii łącznie przegrywając tylko dwie. Mam nadzieję, że jeszcze będę miał okazję powalczyć z tą drużyną o wyższe cele.
Co do wniosków, o to należy pytać kapitana. Zawodnicy, jak sądzę, wyciągali wnioski ze swoich partii i tak, myślę, powinno być.

K.J. Na koniec chciałem cię zapytać jaką ocenę wystawiasz tej Olimpiadzie w chyba najlepszej skali od 1 do 10. Organizatorzy postawili sobie wysoko poprzeczkę, udało im się utrzymać poziom?

                 Mateusz Bartel: Przy ocenie Olimpiady trzeba pamiętać o kilku rzeczach. Po pierwsze o tym, że to jedna z największych imprez sportowych na świecie, po drugie o tym, że trwa długo, po trzecie o tym, że szachiści potrzebują dobrych warunków, bo w pokojach hotelowych spędzają bardzo dużo czasu. Mając to na uwadze, w Baku było perfekcyjnie i nie sądzę, że ktoś będzie w stanie zbliżyć się do takiego poziomu organizacji. Owszem, były rzeczy, które można byłoby zrobić lepiej, ale przy tej skali imprezy było bardzo dobrze. Oczywiście, można narzekać na to, że sporo osób się zatruło (to raczej specyfika tej części świata i jej flory bakteryjnej, bo jedzenie było bardzo dobre), na to, że sala gry była sporo oddalona od hoteli (ale za to była bardzo duża i posiadała – uwaga! – normalne toalety, a nie toi-toie, co miało miejsce w latach poprzednich), czy też na inne niedociągnięcia.
                Pamiętać trzeba też o tym, że Baku to stolica kraju i o tej Olimpiadzie naprawdę było głośno – sporo plakatów, informacji, elementów związanych z szachami. Wcześniej z takim zakresem promocji szachów nie zetknąłem się.

Dziękuję za rozmowę.

          Mateusz Bartel: Ja również dziękuję.