Kiedy mistrz świata wygra jakiś turniej?

0
200

Wiele działo się w zakończonym właśnie finale Wielkiego Szlema w Sao Paulo i Bilbao. W bardzo dobrym stylu turniej wygrał Carlsen, znakomitą, choć jak zwykle nierówną grą imponował Iwańczuk, którego zresztą napadnięto przed odlotem z Brazylii. Zobaczyliśmy sporo emocjonujących i rezultatywnych partii (znacząco przyczyniło się do tego dość mocno przyspieszone tempo gry), byliśmy świadkami wielu soczystych podstawek, kuriozalnej porażki Nakamury z Vallejo, czy wreszcie blitzowej dogrywki o pierwsze miejsce. Chcę się skupić jednak na postawie Vishy’ego Ananda, który zaliczył kolejne nieudane zawody – dość powiedzieć, że jako mistrz świata wygrał jak dotąd tylko jeden turniej tempem klasycznym i było to Morelia/Linares w marcu 2008 – 3,5 roku temu!

Anand wygrał wprawdzie w tym roku mecz szachów szybkich z Szirowem, czy bardzo silnie obsadzony Memoriał Botwinnika w Moskwie (również rapidy). Imponował też świetną formą w meczach o tytuł z Kramnikiem i Topałowem, ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że mistrz świata często „przechodzi obok” superturniejów. Dla porównania w ostatnich dwóch-trzech latach Carlsen wygrał olbrzymią liczbę turniejów, kilkukrotnie w tym okresie zwycięstwa odnosili Kramnik, Topałow, Iwańczuk, czy Aronian. Swoje chwile triumfu mieli też Nakamura, Karjakin, czy Ponomariow. Anand jest chyba jednym z najgorszych w historii mistrzów świata pod względem gry w turniejach (nie uwzględniając oczywiście quasi-czempionów wyłanianych swego czasu przez FIDE). Od mistrza świata powinno się wymagać, aby przynajmniej raz na jakiś czas poza meczami potwierdzał swój prym w grze turniejowej. Tak grał Kasparow, tak ostatnio gra Carlsen. Tymczasem Anand, który w meczach faktycznie udowadnia, że jest najlepszy na świecie, niektóre turnieje po prostu olewa. Jak na ironię swój tytuł zdobył w dwukołówce (w Meksyku jesienią 2007), widać więc, że niewątpliwie jest też silnym zawodnikiem turniejowym. Po mistrzostwach w Meksyku z rozpędu wygrał jeszcze Linares, ale już przed meczem z Kramnikiem zaliczył katastrofalny wynik w Bilbao. Tu pojawia się pewien problem – ukrywanie przygotowania przed meczami. Ok, można się kryć z przygotowaniem, czy testować awaryjne debiuty przed meczem o mistrzostwo świata, ale takich turniejów nie powinno być więcej niż tych „normalnych”. Kolejną kwestią jest lekceważenie niektórych turniejów – taka postawa jak w Wijk aan Zee przed rokiem zwyczajnie nie przystoi czempionowi. Anand zrobił wtedy jedenaście remisów z trzynastu partii, wygrywając „na pokaz” z walczącymi o zwycięstwo w turnieju Kramnikiem i Szirowem (jedyne usprawiedliwienie, że było to tuż przed meczem z Topałowem). Hindusowi zdarzają się oczywiście turnieje, w których gra dobrze i walczy o zwycięstwo, ale albo jakiś inny zawodnik jest w kapitalnej formie (typu Nakamura w tegorocznym Wijk), albo przytrafia mu się dziesiąta z rzędu porażka w miniaturze z Aronianem. Cóż, taka kara za grę na pół gwizdka. Szkoda, bo prestiż tytułu mistrza świata na tym cierpi.

Mecz o mistrzostwo świata w maju, do tego czasu Anand zagra pewnie jeszcze kilka turniejów. Na pewno w tym roku zobaczymy go w Memoriale Tala (gra tam też Gelfand, więc pewnie będzie ukrywanie debiutów) i w Londynie (znając życie Carlsenowi i innym bardziej się będzie chciało). W przyszłym roku Vishy zapewne zagra w Tata Steel lub Linares (które wraca do kalendarza po roku przerwy), ale będzie to w bliskim odstępie czasu od meczu z Gelfandem, więc na maksimum jego możliwości raczej nie ma co liczyć. Następnie czeka nas pewnie wysoka wygrana Ananda w meczu o tytuł, a potem kolejne dwa lata przeciętności. Aż do następnego meczu.