Jeden dzień na DME w Reykjavíku

0
404

Możecie mi wierzyć albo nie, ale ja to mam jakieś niesamowite szczęście jeśli chodzi o moją obecność na turniejach szachowych, a ściślej mówiąc jeśli chodzi o wybór rundy na której pojawiam się jako kibic. Przekonałem się o tym wczoraj, kiedy to wybrałem się obejrzeć rundę nr 7 Drużynowych Mistrzostw Europy. Tego, co mnie tam spotkało zupełnie się nie spodziewałem.

Areną zmagań drużyn biorących udział w DME jest obiekt o nazwie Laugardalshöll (Wybudowany w 1960 roku i rozbudowany w 2006 roku, mogący pomieścić nawet do 11.000 tys. ludzi. Jego całkowita powierzchnia wynosi 20.000 tys. m2.). Uważam, że to bardzo dobry wybór do zorganizowania imprezy takiej jak DME. Sala gry, a właściwie hala, okazała się być bardzo przestronna. Stoły, przy których mierzyły się ze sobą poszczególne drużyny, ustawione były w na tyle dużych odległościach, że zawodnicy mieli naprawdę sporo miejsca i swobody. Troszeczkę na takim ustawieniu stołów ucierpieli kibice, ale to przecież nie oni są tu najważniejsi.

Laugardalshöll nocą.

O godzinie 15 ruszyły zegary, a cała hala na 10 minut rozbłysnęła blaskiem fleszy. Korzystając z możliwości swobodnego poruszania się między stołami odnalazłem interesujące mnie drużyny i rozpocząłem robienie zdjęć. To właśnie tutaj przekonałem się po raz pierwszy o moim szczęściu jeśli chodzi o wybór rundy. Przed przybyciem na miejsce obawiałem się, że stoły na których grać będą drużyny Polski i Norwegii będą w dwóch różnych miejscach, co utrudni mi śledzenie sytuacji. Jakież było moje zdziwienie pomieszane z zaskoczeniem ale też i ogromną radością, kiedy po wejściu na halę i odnalezieniu stołów obu drużyn okazało się, że są one bardzo blisko siebie (dzieliło je tylko cztery odległości.). Już lepszego rozwiązania nie mogłem sobie wymarzyć…


 Uradowany udałem się na poszukiwania kolejnego interesującego mnie stołu. Stołu, przy którym miała grać drużyna „ Iceland Legends”. Kiedy wreszcie odnalazłem „Iceland Legends” i spojrzałem na tabliczkę ze składami zespołów przeżyłem kolejne zaskoczenie, a moja radość stała się jeszcze większa. Nie wierzyłem własnym oczom i aż dwukrotnie czytałem skład drużyny Islandzkich Legend. W tym zespole, na desce nr 4, grał wielki weteran islandzkich szachów GM Friðrik Ólafsson!. Mimo iż w tym roku skończył 80 lat, to wciąż jest aktywnym szachistą i przy odrobinie szczęścia można zobaczyć go w akcji. Wiecie co? Właśnie teraz, pisząc tę relację dla Was uświadomiłem sobie, że doświadczyłem i przeżyłem coś o czym marzy wielu kibiców szachowych na świecie. Tego samego dnia miałem okazję podziwiać grę dwóch wielkich osobistości, które na stałe zapisały się na kartach historii światowych szachów. Magnus i Friðrik; ten pierwszy przekroczył kosmiczny próg 2850 elo, a ten drugi dwukrotnie pokonał samego Bobby’ego Fischera! Dwóch wielkich w jednym miejscu, w tym samym czasie. Aż chciałoby się powiedzieć: „przy jednej szachownicy”, ale niestety los zdecydował inaczej. Mimo wszystko wielki szacunek należy się zarówno jednemu jak i drugiemu. Obecność obojga na jednym i to tak ważnym turnieju, jakim są DME, to przysłowiowa: „wisienka na torcie” i ja miałem przyjemność skonsumować tę wisienkę.



Odchodząc od stołu Islandczyków udałem się do stołu Norwegów gnany ciekawością zobaczenia aktualnego Mistrza Świata, „Mozarta szachów” – Magnusa Carlsena. Nikomu nie trzeba tłumaczyć co ten zawodnik wyczynia na szachownicy. Szachy miały wielu niesamowitych graczy, którzy przeszli do historii w chwale najlepszych z najlepszych, ale to co prezentuje Norweg przekracza wszelkie możliwe pojęcie. Jest po prostu niesamowity.  Myślę, że nie będzie przesadą jeśli powiem, że szachy nie miały i długo nie będą mieć takiego zawodnika jak Magnus. Oczywiście nie ujmuję niczego innym zawodnikom. Trzeba jednak przyznać, że Norweg to zupełnie inna liga.


Przyznam się Wam, że właściwie najwięcej czasu spędziłem przyglądając się grze mistrza świata. On ma coś w sobie co przyciąga do niego. Kiedy oglądasz na żywo grającego Magnusa nagle wszystko inne przestaje istnieć dla Ciebie. Skupiasz się na Nim i na tym co stoi na szachownicy. Patrzysz na jego zamyśloną postać przesuwasz wzrok na szachownicę i wpatrujesz się ten obrazek przez następnych dobrych kilkanaście minut. Po chwili orientujesz się, że sam nie wiedząc kiedy zacząłeś liczyć warianty w swojej głowie. Odrywasz wzrok by zerknąć na innych, podchodzisz do innego stołu, lecz po chwili znów wracasz do niego. To właśnie jest siła Magnusa. Gdy patrzysz na jego grę on wciąga Cię w nią razem z jego przeciwnikiem. Widzisz go siedzącego, skupionego. Nieznaczna mimika twarzy wskazuje, że jakaś nowa koncepcja zawitała w jego głowie bądź wariant który właśnie skończył liczyć okazał się nie do końca takim jakim miał się okazać.  Siła gry Carlsena odczuwalna jest nie tylko przez jego przeciwników, ale też i przez kibiców. Magnus przyciąga, elektryzuje, niemalże hipnotyzuje widzów swoją grą nawet jeśli nie prezentuje szczytu swoich możliwości. Kto raz zobaczy Magnusa na żywo ten „zakocha się” w nim niemal natychmiast. Nie wiem czy jest coś lepszego dla kibica niż możliwość obserwowania Carlsena i jego gry z odległości może nie większej niż 1,5 metra?

Z prawej Marcin Bylica, z lewej sam Magnus Carlsen.

Kolejne godziny rundy mijały, a ja co jakiś czas zaglądałem również na inne stoły, ale jak już mówiłem wracałem jednak do Magnusa. Przez cały ten czas byłem oszołomiony ilością pozytywnych rzeczy i tak fantastycznym układem tej rundy dla mnie. Nie mogłem do końca uwierzyć, że jestem tu gdzie jestem, że jest mi dane na własne oczy oglądać samego mistrza świata i wielu innych klasowych zawodników, a apogeum mojej radości miało jeszcze nadejść. Przy stołach Norwegów zostałem już do samego końca partii Magnusa. Kiedy opuszczał halę gry udałem się za nim i tuż za drzwiami hali podszedłem do Magnusa i poprosiłem o autograf, który otrzymałem jak również udało mi się zrobić wspólne zdjęcie! Rozumiecie? Pierwsza taka wielka impreza dla mnie jako kibica, a kto wie czy nie jedyna?  I udaje mi się dostać autograf aktualnego Mistrza Świata i zrobić wspólne zdjęcie! Oczywiście podziękowałem Magnusowi za autograf i fotkę. W tym momencie czułem się mega szczęśliwy. Trudno mi jest wyrazić moje emocje i uczucia. To spotkanie jak i cała ta runda na zawsze pozostaną w mej pamięci. Jestem bardzo, ale to bardzo szczęśliwy, że tam byłem i przeżyłem to wszystko. Co do Magnusa to przyznam Wam szczerze, że porwał mnie całego swoją grą i swoją charyzmą zawodnika. Zdarzało mi się przeglądać jego partie na ekranie komputera, ale dopiero możliwość zobaczenia jego gry i poczucia tego wszystkiego o czym pisałem wyżej sprawiła, że sympatyczny Norweg całkowicie zdobył moje serce jako kibica. 


Dla „Psychologii i Szachów”
Marcin Bylica

Reykjavik