Jak filozof z filozofem – rozmowa o szachach i edukacji z dr Aleksandrem Zbrzeznym

0
455

Krzysztof Jopek: Jak to właściwie jest z tymi ideami platońskimi? Czy według ciebie wszystko realizuje się w świecie jako idee? Zawsze mnie zastanawiało, czy szachy przed ich wymyśleniem tkwiły gdzieś tam,  w rezerwuarze wszystkich idei…
dr Aleksander Zbrzezny: Nie jestem platonikiem, ale oczywiście konfrontowanie szachów z różnymi, wymyślonymi przez filozofów ontologiami, może być wciągającym ćwiczeniem wyobraźni. I rzeczywiście, krajobraz platoński zdaje się być podatny na takie pomysły. Jeśli wszystko, z czymkolwiek mamy do czynienia w tak zwanej rzeczywistości, jest tylko odbiciem świata idei – a więc prawda, dobro, sprawiedliwość, relacje matematyczne, a także „końskość” czy „krzesłowatość” – to i szachy powinny mieć swój pierwowzór. Już za rogiem czeka na nas jednak sporo trudności. O ile platonik zgodziłby się, że istnieją idealne figury (niezależnie od tego, czy ich manifestacją będą stauntony, czy drobne magnetyczne figurki) i same reguły gry, o tyle nie wiem, co odpowiedziałby na kolejne pytania: czy istnieje np. idea jakości? Czy istnieją wszelkie możliwe przebiegi gry, czyli idee odpowiadające wszystkim możliwym pozycjom osiągniętym na wszelkie możliwe sposoby? To oznaczałoby rozbudowanie świata idei o miliardy bytów. Można by też spekulować redukcjonistycznie – że istnieją idee figur i reguł, a oprócz nich tylko idea „doskonałej partii” – coś w rodzaju algorytmu, którego do dziś nie udało się stworzyć. Ktoś, kogo dusza w swej wędrówce dostrzegłaby tę ideę (jak w Fajdrosie, gdzie rydwan duszy wzbija się właśnie po to, by oglądać prawdziwy byt), wygrywałby np. białymi w 64 posunięcia przy najlepszej grze przeciwnika. A że na razie nikt jej nie poznał, to nasze partie są mocno niedoskonałymi refleksami takiej idei i tak się do niej mają, jak narysowane przez dziecko kredką kółko do idealnego okręgu.
Fragment fresku Rafaela Santi „Szkoła Ateńska” 1509 – 1510 r.
A. Z: (kontynuując) Sam Platon pewnie nie odniósłby się z entuzjazmem do pomysłu, że wszystkie nasze pozycje szachowe preegzystują w świecie idei. Jest ich za dużo. Grecy nie znali pozytywnego pojęcia nieskończoności, a choć liczba możliwych pozycji jest skończona, to podejrzewam, że Platon uznałby to za zbyt duży bałagan. Pomyślmy w dodatku, że nie ma dobrego powodu, by uprzywilejować tu szachy kosztem innych gier. Czy bylibyśmy skłonni uznać istnienie idei wszelkich możliwych rozdań we wszystkich grach karcianych? A może wszystkich możliwych sytuacji na boisku piłkarskim? To już raczej sfera „powstawania i ginięcia”, zmiany, a więc czegoś, co jest dalekie od wiecznych i niezmiennych idei. Nie chodzi mi tu o sprowadzenie problemu do absurdu, ale raczej na wskazanie kłopotu z (nie)ostrością granicy. Ponieważ nie jestem platonikiem, wolno mi powiedzieć, że szachy to gra wymyślona przez ludzi, którzy jednocześnie nie wymyślili całego zbioru konsekwencji dających się wyprowadzić z podstawowych reguł. Dzięki temu możemy wciąż uważać szachy za grę „twórczą” – przynajmniej tak długo, jak długo komputery nie pokażą nam, że to taka trudniejsza wersja gry w „kółko i krzyżyk”.
K. J: Myślę, że problem leży nie w ilości szachowych idei zebranych w platońskiej matrycy (to by się od biedy dało przeskoczyć) a w braku jasnych dowodów wskazujących na prawdziwość tezy o istnieniu świata idei w ogóle. Człowiek nauki wysłuchałby zapewne tych spekulacji i rzucił jedno krótkie, ale celne: „Poproszę o empiryczny dowód”. Zatem, która z teorii jest według ciebie najbardziej adekwatna do opisania szachów jako modelu?
A. Z: Masz rację, kłopot z empirycznym dowodem towarzyszy ogromnej części stanowisk filozoficznych. Pomyślałem np. o Leibnizu, wg którego Bóg stworzył najlepszy z możliwych światów „obejrzawszy” uprzednio wszystkie światy możliwe. Świat, w którym spotkałem się w turnieju z arcymistrzem Bielawskim, jest lepszy od tych wszystkich światów, w których do tego by nie doszło. Ale czy Bóg Leibniza uwzględniał też możliwe w tej partii posunięcia? Czy była to najlepsza z możliwych partii? Ja białymi nie wyrównałem… A co do pytania – trudno mi powiedzieć, czy w ogóle jakakolwiek filozofia może być adekwatnym opisem szachów. Swego czasu mistrz międzynarodowy Jacek Bednarski (z wykształcenia filozof, magistrant samego Ingardena) przekonywał mnie, że wspólną perspektywą szachów i filozofii może być strukturalizm, ale pozostałem nieprzekonany. Mam wrażenie, że wszelkie analogie są mocno naciągane. Nawet Wittgenstein, przywołując niekiedy szachowe przykłady, używa ich zazwyczaj do uwypuklenia różnicy między grami językowymi i perspektywą filozoficzną z jednej strony, a praktyką samej gry z drugiej. Choć oczywiście dałoby się na tle jego filozofii dostrzec analogie między szachami a grą językową. Tyle tylko, że to zbliża nas raczej do konfrontowania szachów z logiką, a nie ontologią. Żeby jednak nie wyszło na to, że uchylam się od jednoznacznej odpowiedzi, wskażę na jednego autora. Paradoksalnie, to nie filozof, a historyk, któremu przydarzyło się napisać znakomite dziełko z pogranicza filozofii i antropologii – Johan Huizinga. W Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury wylicza cechy formalne zabawy (gry). Gra jest innym światem, zawieszeniem realnego świata. Ma swój czas, swoje miejsce, swoje reguły. Dalej Huizinga wskazuje, że te formalne elementy zabawy znajdujemy w najróżniejszych dziedzinach kultury: religii, prawie, twórczości, sporcie czy filozofii. Co bardzo ważne, podkreśla on, że zabawa jest „poważna”. Gdy gramy, to jesteśmy właśnie w tym innym świecie, niepodobna w trakcie gry dystansować się od niej i wmawiać sobie, że to tylko zabawa. Już to brzmi jak tłumaczenie amatora po przegranej partii. Ale ten sam amator w trakcie gry zapewne „gryzł dechę”. Wszystko jedno, czy wchodzimy do świątyni, czy na stadion – czas, miejsce i reguły będą nas teraz angażować i zniewalać. I tak samo będzie, gdy siadamy do szachownicy. Proces sądowy, partia szachów, uczestnictwo w liturgii – to zupełnie różne aktywności, które jednak traktujemy poważnie, a które dają się opisać w kategoriach gry. Korci mnie jeszcze, by zrewanżować się pytaniem – czy Ty masz tu jakiegoś faworyta? Filozofa, którego myśl dałaby się zaaplikować do opisu szachów?
  
K. J: Szachy są zbyt złożone, by można było dopasować do nich filozofię, która by wyczerpująco je objaśniła. Fizykowi dla opisu szachów jako modelu wystarczy mechanika klasyczna z takimi pojęciami jak układ współrzędnych, statyka, dynamika itd. Gdyby ów fizyk reprezentował podejście holistyczne, i zajmował się jeszcze etyką, dostrzegłby, że szachy to przede wszystkim gra wojenna. Jednym z paradoksów współczesnej nauki jest to, że od podmiotu, który obserwuje, zależy wynik badania. Jestem sceptykiem jeśli chodzi o ludzką naturę, dlatego spoglądam na szachy jako na jeden z wielu wytworów naszej cywilizacji, dający ujście ludzkiemu pędowi do agresji i zabijania. W szachach, na całe szczęście, pęd do zabijania przeniósł się na płaszczyznę symboliczną. Wiadomo, zdrowy na ciele i umyśle obywatel, akceptujący społeczne reguły nie zaatakuje bezpośrednio sąsiada (choć ma na to wielką ochotę, szczególnie wtedy, gdy ten podjedzie pod dom nowym BMW ;)) potrafi ważyć racje, dlatego potrzebne są mu takie akceptowalne przez ogół substytuty. Cóż, wywodzimy się od pewnego gatunku hominidów, który dawno temu zaprzągł swój potężny intelekt do ewolucyjnej walki o byt, i któremu udało się bardzo skutecznie załatwić konkurencję. Jesteśmy jedynym gatunkiem na tej planecie, który zabija dla przyjemności, czy to symbolicznie, jak to ma miejsce w szachach, czy naprawdę, co już takie wesołe nie jest. Jako cywilizacja jesteśmy na takim etapie, w którym spokojnie moglibyśmy zrezygnować z agresji i z zabijania, a jednak tego nie robimy. To  w jakimś stopniu świadczy o naszym gatunku i jego kondycji. Mój pogląd, jak widzisz, to taki antropologiczny sceptycyzm, dlatego dla opisu szachów skierowałbym się ku XIX w. filozofom, naturalistom.

A. Z: Bardzo mi się podoba twoje stanowisko i nie uważam nawet, by było zbyt radykalne. Może natomiast być zbyt ogólne. Z pewnością można potraktować rywalizację szachową jako realizację wysublimowanego popędu agresji, a zawodników, których napędza taka lub podobna motywacja chwalimy za „wolę walki”. Pamiętam zresztą, jak w którymś z wywiadów Fischer zapytany, co go najbardziej fascynuje w szachach, odpowiedział: „moment, w którym przeciwnik załamuje się.” Ale bywają też zawodnicy, którzy traktują partię podobnie jak pasjansa – grają z pozycją, a nie z przeciwnikiem. No i co począć z „solverowcami”? Wychodzi mi na to, że szachy wykipią nam z każdej szufladki, jaką dla nich obmyślimy.
K. J: Rozmawiając z tobą o szachach czuję się trochę jak turysta, którego wpuszczono do paryskiego Luwru na pół godziny przed zamknięciem muzeum – przed nim setki ekspozycji, a za kilka chwil  i tak obsługa uprzejmym, choć stanowczym gestem, zaprosi go do wyjścia. Myślę, że moje spojrzenie na szachy wymaga dookreślenia. Nietrudno zauważyć, że przez całą naszą dyskusję obracamy się w kręgu pojęć wypracowanych przez cywilizację zachodnią i aby trzymać się tematu przedstawiłem najbardziej adekwatny nurt, ale to stanowisko naukowe. Szachy zawsze jednak były dla mnie czymś więcej, czymś osobistym. Szachy są dla mnie tak ważne, bo gdy gram, jestem blisko siebie i swoich myśli, a świat zostaje wzięty w nawias. To nawet nieźle korelowałoby z podanymi przez ciebie założeniami z książki Johana Huizinga.  Czasami dochodzę do wniosku, że tutaj tkwi magnetyzm szachów – ludzie w swym zabieganym, pełnym zgiełku życiu, podczas gry mają możliwość powrotu do siebie, poprzebywania ze sobą i proces alienacji ulega zahamowaniu. Uważam, że do takiego opisu szachów najlepiej nadają się mistyczne prądy w myśli wschodniej, czy choćby bliższa umysłowości zachodniej psychoanaliza. No i muszę się z tobą zgodzić – szachom za każdym razem udaje się skutecznie umknąć one wręcz drwią sobie z tych, którzy chcą je zniewolić w pojęciowym kieracie…
A. Z : Niewiele wiem o refleksyjnym piśmiennictwie Wschodu, za to trop psychoanalityczny istotnie może być ciekawy – zwłaszcza, że są osoby, które „na desce” są takie jak w życiu, a są też przecież zupełne przeciwieństwa – flegmatyk może na szachownicy wręcz szaleć. Niepokoi mnie tu tylko możliwe skojarzenie z „Grą szklanych paciorków” Hessego, gdzie powrót bohatera do świata – po wystąpieniu z zakonu i porzuceniu gry – okazał się niefortunny… Dla mnie – w takiej osobistej perspektywie – szachy to przede wszystkim ogromna przyjemność. Ale nie potrafię ocenić, co jest jej źródłem – czy wyładowanie agresji, czy moment „zapomnienia” o pracy, zmęczeniu, obowiązkach… A może jedno i drugie? W każdym razie sama gra sprawia mi frajdę, tym większą, im lepszy przeciwnik, no i im lepszy wynik :).
K. J: Wspomniałeś o Jacku Bednarskim, nie sądzisz, że polskim szachom zaczyna brakować takich luminarzy, że tę pustkę po nich coraz trudniej przykryć?
A. Z: Brak takich osób dotyka nie tylko szachowe podwórko, i nawet nie sądzę, by na polu szachów był bardziej dotkliwy niż gdzie indziej. Bednarski był istotnie wyjątkową postacią, nie tylko jako szachista. Oczywiście historia polskich szachów na zawsze zachowa jego remisy z Talem, Petrosjanem czy Smysłowem, jak i same potyczki z takimi legendami jak Larsen, Fischer czy Portisch. Mamy tu też jego słynne zwycięstwo nad Gellerem na olimpiadzie. Ale Bednarski był też po prostu człowiekiem niecodziennego formatu; świetnie wykształconym, o niepospolitej erudycji i z niezwykłym gawędziarskim talentem; bardzo przyjemnie się go słuchało, niezależnie od tego, czy opowiadał o fenomenologii, czy dzielił się anegdotami z szachowego podwórka. Mało które życie biegło tak różnymi i bogatymi torami – splatając sobą niecodzienne spotkania. Ot, choćby w seminarium magisterskim Bednarskiego (prowadzonym rzecz jasna przez Ingardena) uczestniczył też Karol Wojtyła (wówczas już doktorant), a na turniejach zdarzało mu się dzielić hotelowy pokój z Korcznojem. Jeśli jednak mówimy o „braku luminarzy”, to jest on po części obiektywny, jak sam rytm następowania pokoleń. Poziom konkurencji i specjalizacji bardzo mocno wpływa na życiowe wybory – zauważmy jak rzadkie są przypadki łączenia profesjonalnej kariery szachowej z naukową. Udało się chyba tylko Hübnerowi. Dziś te wybory są jeszcze bardziej dotkliwe, a w dodatku od lat konsekwentnie upada w Polsce system kształcenia na wszystkich poziomach – to już jednak zupełnie inny temat. Mimo to, wśród naszych arcymistrzów zdarzają się przecież osoby dobrze wykształcone, a mają jeszcze czas na zbudowanie szachowego dorobku. Pustka, o której wspomniałeś, jest może odczuwalna, ale nie dramatyzowałbym tu kondycji szachistów. Studia skończyłem 12 lat temu – w tym czasie wielu moich profesorów zmarło lub odeszło na emeryturę. Nie wyobrażam sobie zupełnie, bym miał studiować dzisiaj i po prostu nie spotkać ich na swojej drodze. Ale przecież to naturalna kolej rzeczy. Jedyne co mogę zrobić – jako nauczyciel akademicki – to próbować spłacić ten dług dzisiejszym studentom.  
K. J: Co się dzieje w systemie szkolnictwa, bo zwróciłeś uwagę na upadek systemu kształcenia na wszystkich poziomach. Ten temat, choć nie dotyczy szachów bezpośrednio, jest dla mnie bardzo istotny. Czy mógłbyś w skrócie opisać na czym polega ten proces? Z moich obserwacji wynika, że przede wszystkim samo czytelnictwo jest na katastrofalnym poziomie w porównaniu z okresem sprzed dwóch dekad. Ostatnio usłyszałem od moich siostrzeńców, że lektur praktycznie nikt już nie czyta. Dzieci, czy młodzież, z książką w ręku są w znakomitej mniejszości czego konsekwencją jest coraz większe ubóstwo języka. Choć dla mnie edukacja była zawsze swoistą sztuczką pamięci, to moment, w którym kończyłem szkołę był znacznie bardziej przychylny jednostkom kreatywnym. Dziś zakres swobodnych indywidualnych poczynań ucznia na egzaminach, czy testach jest praktycznie zredukowany do minimum. Jaki masz pogląd na tę kwestię?
A. Z: Splata się tutaj cała konstelacja przyczyn. Jeśli punktem wyjścia uczynić czytelnictwo, to mamy tu do czynienia z kulturową transformacją w wymiarze niemal globalnym – zaczęło już studia pokolenie, które nie pamięta świata bez Internetu. Rzecz nie w tym, że nowe media wypierają książkę, ale w tym, że człowiek ukształtowany przez książkę myśli w zupełnie inny sposób, niż wychowany na telewizji i Internecie. Mamy całą galerię autorów – socjologów, teoretyków mediów, psychologów, którzy mówią tu dość zgodnie: człowiek linearnej kultury druku myśli w kategoriach przyczynowo-skutkowych, planuje swoją przyszłość, myśli abstrakcyjnie. Człowiek nowej kultury wizualnej myśli raczej w kategoriach opcji i wariantów, a jednocześnie jest zanurzony w teraźniejszości. Nie chodzi jednak o to, by narzekać na zdobycze techniki – a o to, by rozumieć, jak one nas przekształcają. Jeśli dziecko spędza godziny przed monitorem, zanim nauczy się pisać i czytać, będzie mu później trudno koncentrować się na tak abstrakcyjnej czynności; zmysłowy przekaz telewizji jest oczywiście bardzo silny i angażujący, jest też bogatszy na poziomie konkretu – ale kosztem abstrakcji. To jednak traktuję jako obiektywną okoliczność, na którą nie ma sensu się oburzać – co najwyżej warto uświadamiać rodziców. Jeśli chodzi o kryzys edukacji, to konstelacja przyczyn ma oczywiście więcej elementów. Właściwie z każdą kolejną reformą odchudza się programy nauczania. Wciąż słyszymy, że dzieci i młodzież uczy się zbyt wielu niepotrzebnych rzeczy. Tylko jakoś nie myśli się przy okazji o formacyjnej funkcji samego uczenia się. John Dewey sto lat temu przekonywał, że mózg musi nauczyć się uczyć. Jeśli pozbawimy się tego ćwiczenia odchudzając programy „na życzenie”, to nie nabędziemy tej umiejętności i najzwyczajniej w świecie nie będziemy umieli później uczyć się tego, co już będzie nam potrzebne. Dalej – mamy dziś bardzo liche podręczniki. W niektórych są wręcz błędy rzeczowe. W okresie międzywojennym podręczniki pisali wybitni profesorowie, a czytanki układali pisarze. PRL zachowała sporo tego materiału, a potem zaczął się odwrót. Tutaj podejrzewam działanie mechanizmu rynkowego, a dokładniej – lobbingu wydawców. Zmiany w programach są tak częste i szybkie, że każdy kolejny rocznik musi kupować nowe podręczniki. Nowy podręcznik to okazja zarobku dla wydawnictwa, autorów, ale i eksperta z ministerstwa, który podręcznik ma zaopiniować. W efekcie mamy wylew tandetnych publikacji, pozbawionych systematycznego wykładu, a niekiedy wręcz treści – co oczywiście zostaje zachwalone jako „atrakcyjna forma” – tyle, że coraz bardziej komiksowo-rebusowa, a nie książkowa. Kolejny punkt – kwestia programowych proporcji. W szkole podstawowej dzieci mają tyle samo godzin matematyki, co religii. W liceum na 180 godzin religii przypada 30 godzin fizyki i 60 godzin historii. Nie sądzę, by sprzyjało to lepszej edukacji. Wreszcie szkolnictwo wyższe – tu lista problemów jest ogromnie długa, począwszy od okoliczności, że uczelnie muszą sobie poradzić z brakami wcześniejszych szczebli – stąd np. kursy wyrównujące z matematyki na politechnikach. Za szkodliwą uważam też rezygnację z egzaminów wstępnych – automatyczne przeliczanie punktów z matury (skądinąd groteskowej) w wypadku wielu kierunków studiów jest po prostu kiepskim narzędziem. Preferowanie testów zamiast tradycyjnego wypracowania to też rezygnacja z całych obszarów kształcenia – formułowania, wyrażania i uzasadniania własnego stanowiska. Uczniowie nie przyzwyczajeni do pisania mają też trudności z rekonstrukcją argumentacji innych autorów – a to akurat żywioł filozofii. Ostatnie reformy szkolnictwa wyższego to już zupełne kuriozum. Na szczęście zlikwidowano odpłatność za drugi kierunek – która tak naprawdę była odpłatnością za dodatkowe punkty ECTS, określające godzinowy nakład pracy studenta potrzebny do uzyskania „efektów kształcenia.” Oznaczało to ostatecznie płatność nawet za zajęcia na jednym kierunku, gdyby np. ktoś postanowił uczęszczać na więcej zajęć, niż ustawa przewiduje. Daruję już sobie narzekanie na regulacje dotyczące pracowników uczelni, choć odstraszają one od kariery naukowej (jak ma sobie radzić młody zdolny człowiek, jeśli w imię „mobilności kadry” nie zostanie zatrudniony na stałe, a na 2-3 letnim kontrakcie? Jaki bank da mu kredyt na mieszkanie?). Irytują mnie sykofanci – zachwalacze reform, wskazujący na miejsca polskich uczelni w światowych rankingach i domagający się współpracy uczelni z biznesem i przemysłem. Same rankingi to raczej fetysz, niż miarodajny wskaźnik; zdarzyło mi się czytać teksty amerykańskich profesorów, którzy u nas nie zdaliby egzaminu z historii filozofii na II roku. Czemu jednak krzyczymy, że w „top 500” uczelni są tylko dwie polskie, a nie pytamy, ile polskich firm jest np. w „top 500” „Forbes’a”? (Jest jedna). O tym wszystkim, a także o (nie)finansowaniu nauki można rozprawiać godzinami, zakończę więc małą perełką: reforma Kudryckiej przewidywała m.in. konieczność stworzenia do wszystkich zajęć sylabusów, w których poza programem zajęć znajdował się opis efektów kształcenia, z podziałem na wiedzę, umiejętności i postawy studentów. Instrukcja budowania sylabusów opracowana przez ministerstwo przewidywała, że wiedza to „zdolność pamiętania lub przypomnienia sobie faktów bez konieczności ich rozumienia.” Jeśli ministerstwo tak rozumie wiedzę, to rzeczywiście staje się ona pustym dźwiękiem…
K. J: Chciałem ci podziękować za ciekawą wymianę myśli, choć kończymy w lekko minorowych nastrojach, a ja czuję niedosyt, bo w zanadrzu mam jeszcze wiele pytań do ciebie! Ale czytelnik, który pewnikiem za rozmiary naszej debaty w wyobraźni włóczy nas końmi, też ma swoje prawa i dajmy mu odetchnąć. Na koniec chciałbym cię poprosić, abyś przybliżył swoją osobę czytelnikom „Psychologii i Szachów”.

A. Z : I ja dziękuję za rozmowę! A o sobie… cóż, jestem absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie obroniłem też doktorat pt. „Podmiotowość i historia w filozofii społecznej Hegla, Marksa i Adorna.” Pracuję na warszawskiej ASP, oprócz filozofii wykładam teorię mediów. W szachy gram od 10 roku życia, kilka razy byłem wicemistrzem województwa płockiego juniorów (z reguły za Krystianem Jędryczką), raz w życiu udało mi się dobrnąć do finału MP Juniorów – do lat 16 w 1995 roku, mistrzem został Rafał Antoniewski, a ja byłem ostatni. Trzykrotnie grałem w II lidze seniorów, ostatnio w barwach „Entropii” Warszawa. Grywałem też w reprezentacji UW na Akademickich MP. Od kilku lat nie mam czasu na turnieje, ale regularnie grywam na Playchess.com. Ranking mam 2016, a na Playchess obijam się między 1800 a 2200. Na Playchess też trzy razy udało mi się pokonać arcymistrza, natomiast „na żywo” mój życiowy „skalp” to IM Jan Piński.