Ile kosztuje sport, ile kosztuje pasja?

0
230
Szachistów śląskich, szachistów z Zagłębia, znam relatywnie lepiej w odróżnieniu od zawodników i pasjonatów naszej dyscypliny z innych części Polski. Często spotykamy się przy okazji różnych wydarzeń sportowych, jednodniowych turniejów szachów aktywnych i dyskutujemy o bieżących sprawach dotyczących naszego sportu. Tematem najbardziej drażliwym, wywołującym dość żywiołowe, wręcz skrajne emocje, jest kwestia pieniędzy, czyli sposobów finansowania naszej dyscypliny. Jakiś czas temu byłem kompletnie nie przygotowany do tematu, moi interlokutorzy bez problemu zapędzali mnie w kozi róg podając różne liczby i kwoty. Po jakimś czasie żeby nie być całkowicie bezbronną ofiarą, przygotowałem kilka liczb i zestawień ze środowisk, które znam nie gorzej niż środowisko entuzjastów szachów…

Do napisania tego artykułu (wcześniej o finansowaniu naszego sportu również pisałem, ale pogłębionej dyskusji na ten kluczowy temat nie wywołałem) skłoniła mnie rozmowa z jednym rodziców, który na jednym z turniejów z rozbrajającą szczerością powiedział mi dlaczego jego niewątpliwie uzdolniony syn nie pojechał, choć wywalczył sobie do tego prawo, na turniej rangi mistrzowskiej rozgrywany poza granicami naszego kraju. Jego syn nie załapał się na finansowanie i obaj, po trudnej rozmowie, podjęli decyzję, że trzeba sobie ten turniej odpuścić. Główna przyczyna to zrujnowanie tym wyjazdem domowego budżetu. Ostatnio usłyszałem też, że nasza czołowa szachistka Oliwka Kiołbasa także pojechała „za swoje” grać na indywidualnych ME kobiet w Rumunii.

 Zasadniczo mój schemat rozmów z szachistami wygląda tak, że wylewają swoje żale na „górę”, jednak gdy im uprzejmie nadmieniam, że w końcu to w naszych rękach leży, by pieniądze na takie cele znalazły się, automatycznie napotykam na potężny mur nierozumienia. Po chwili rodzi się irytacja, złość i rozmowa się kończy. O co chodzi? Jakie są moje argumenty odnoszące się do finansowania szachów w Polsce, które tak złoszczą moich dyskutantów – o tym będzie poniższy akapit.

W sumie mogę powiedzieć o sobie, że znam dość dobrze kilka środowisk, zrzeszających się w związki na skalę ogólnokrajową i tylko w naszym szachowym związku nie płacimy składek rocznych, które pomagają organizacji rozdysponować środki na cele statutowe. Kwoty jakimi operują inne związki z tytułu opłat rocznych swoich członków są ogromne. Ostatnio, gdy włóczyłem się po lesie z lornetką, spotkałem na ambonie znajomego myśliwego, z którym wdałem się w dłuższą rozmowę na temat finansowania Polskiego Związku Łowieckiego. Cieszę się, że nie zadałem mu pytania o opłaty od członka PZŁ wchodząc po drabinie (buda ambony była gdzieś na wysokości pomiędzy pierwszym a drugim piętrem!) i nie usłyszałem od razu odpowiedzi, bo pewnikiem spadłbym i połamał się w kilku miejscach. Opłata roczna w PZŁ wynosi na 2016r. 355 złotych, ulgowa niecałe dwieście złotych. Ponadto aby w ogóle wstąpić w szeregi PZŁ wpisowe wynosi, usiądźcie sobie wygodnie… 960 zł. Dowiedziałem się, że PZŁ kwoty te przeznacza na reintrodukcję rzadkich gatunków, na odszkodowania, gdy dziki wejdą w szkodę i wiele, wiele innych celów. Na tak postawiony temat odparłem, że na przykład w najbliższym mi, do którego należałem najwięcej lat PZW (Polskim Związku Wędkarskim) w 2016 roku trzeba było zapłacić opłatę okręgową wynoszącą 175 zł. Powiedziałem mu też, że do PZSzach, do którego należę jako zarejestrowany w centralnym rejestrze szachistów nie odprowadzam żadnej składki rocznej, ponieważ takowa nie istnieje.  Mocno skonsternowany znajomy odparł, że w sumie to jest taki „związek – nie związek”…

Te szachistów wymagania, wymagania i jeszcze raz wymagania, żale, ooo tak! Tego w rozmowach o pieniądzach na nasz sport nie brakuje. To jest względnie najprostsze, dać upust swojej frustracji, natomiast gdy zobaczymy jak horrendalne kwoty płaci pasjonat w równoległych związkach aby mógł kontynuować swoją działalność, powinniśmy się my, szachiści, poważnie zastanowić, dlaczego zadowala nas rola wiecznie narzekających jaki ten świat jest zły biedaków. Tyle pisze się o społeczeństwie obywatelskim, o tym, że siła jest w nas, że wspólnie znacznie łatwiej udźwignąć każdy ciężar, jednak gdy trzeba przejść od słów do czynów.. no właśnie!

 Na turnieju przyjaźni polsko-węgierskiej rozmawiałem o tym z członkiem zarządu PZSzach, Łukaszem Turlejem. Na moje racje i na mój postulat by spróbować wszystko policzyć i wprowadzić jak w innych związkach opłatę roczną, która byłaby przeznaczona na różne cele, między innymi na finansowanie wyjazdów na turnieje międzynarodowe naszych zdolnych szachistów, Łukasz zauważył, że opór środowiska będzie bardzo duży. Zgodziłem się, że takie coś będzie miało miejsce. Analizowaliśmy ile mogłaby wynosić taka kwota, jakie korzyści miałby junior, czy dorosły członek naszego związku płacąc ową ustaloną kwotę. Liczyliśmy też ile mogłoby się znaleźć w kasie związku i na co by ta kasa mogła pójść. Oczywiście poruszyłem temat transparentności – czyli wiadomo ilu z nas wpłaciło, wiemy ile pieniędzy mamy po roku kalendarzowym wiemy również, na co co do złotówki poszły te pieniądze.
 W czasie naszej rozmowy nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że dyskutujemy o jakiejś straceńczej misji na jeden z księżyców Urana, a nie o czymś, co przy pewnym wysiłku z naszej strony mogłoby zaprowadzić nas od nienormalności w kierunku normalności. Bo nienormalnym jest, gdy złościmy się, że na to nie ma, na to nie ma i na tamto nie ma, a nie zaczynamy od samych siebie, pytając się na przykład co my daliśmy naszemu sportowi. Bo nie jest normalnym, gdy młodzi, czołowi szachiści muszą brać pieniądze z ciężkiej krwawicy swoich rodziców, aby kontynuowali swoją szachową przygodę, to stąpanie po bardzo cienkim lodzie. Musimy sobie odpowiedzieć też, ja sam sobie zadaję to pytanie, jak bardzo jestem zaangażowany w szachy? Czy jestem w stanie już nie na płacenie jakichś kwot, a chociaż na sensowną, głęboką dyskusję na ten temat? Rozmowa nic nie kosztuje, warto by było, gdyby taka rozmowa nas wszystkich miała kiedyś miejsce. Może po takiej dyskusji, gdy zostawimy poza sobą różne uprzedzenia, animozje, urodzi się coś, co spowoduje, że znajdziemy się na innym, wyższym poziomie, gdzie kończy się wskazywanie palcem na kogoś, a zaczyna osobista odpowiedzialność za to, co jest tak ważną częścią naszego życia?