Festiwal Najdorfa za półmetkiem: prowadzi Zahar Efimenko z Ukrainy, tuż za nim zaczaił się Bartel z Gajewskim!!

0
157

Technologia w szachach od pewnego czasu osiągnęła swój szczyt. Moduły analizujące grają z siłą dla człowieka nieosiągalną, powoli odchodzi pokolenie szachistów, wychowanych na książkach oraz samodzielnej pracy nad szachami. Jeśli chodzi o przyszłość naszego sportu już od dawna jestem sceptykiem, uważam, że ze sprawą komputerów nasza dyscyplina stopniowo będzie popadała w coraz większy regres. Symptomy takiego stanu rzeczy widać już teraz. Myślę, że zdarzeniem przełomowym, po którym nasz sport zmuszony był obrać kolejny, niezbyt szczęśliwy azymut, był mecz Kasparowa z Deep Blue. Po tym pojedynku człowiek stanął na pozycji przegranej i to z maszyną, która nie była inteligentna, za to niesamowicie szybko liczyła warianty, nie męczyła się, a przede wszystkim nie dysponowała uczuciami wyższymi, które w grze przeszkadzają. Według mnie od tego momentu w środowisku profesjonalistów coś pękło, arcymistrzowie zaczęli coraz mocniej poddawać się wpływowi maszyn…

 Pewne ożywienie w pojmowaniu roli komputera w pracy nad szachami wniosło pojawienie się Carlsena, który, będąc jak każdy mistrz świata przede wszystkim praktykiem, postanowił, że to maszyna ma służyć jemu, a nie on maszynie. Magnus znając swoją moc, użył modułów do analizy mało zbadanych pozycji w debiutach, po rozegraniu których miały dojść do głosu jego atuty. Świat szachowy do tego momentu nie może otrząsnąć się z szoku, że da się jednak maszynę podporządkować sobie, uczłowieczając ją niejako, a na Wikinga reszta komputerowych epigonów nie może znaleźć sposobu. Uważam, że jakiś czas to potrwa, choć będzie to służyć tylko jemu. Reszta świata nie może grać tego co on i nie może pójść tą drogą, gdyż tylko on jest tak piekielnie mocny strategicznie i może te miękkie z punktu widzenia walki o inicjatywę w debiucie systemy, bez ryzyka i z powodzeniem stosować.

Mój sceptycyzm co do przyszłości szachów nie bierze się znikąd. Niedawno przeczytałem wywiad z Mają Cziburdanidze, która oznajmiła, że nie ma dla niej niczego gorszego w szachach, niż wielogodzinne przygotowanie na konkretnego przeciwnika. Jej propozycja jest mniej więcej taka, aby partię szachów rozpoczynać od pewnej pozycji, co pozwoliłoby uniknąć żmudnych przygotowań. Jest to oczywiście pomysł roboczy – wygladałoby to tak, że zaczynamy grę od jakiejś losowo wybranej tabiji, a wszystko w obrębie posunięć 1-15. Siadamy i gramy, nie mając wpływu na to co dostaniemy do grania. Straszne dyrdymały. Przyznam, że nie doczytałem tego wszystkiego do końca. Markowi Dworeckiemu pomysł się spodobał, arcymistrz uważa, że można spróbować to precyzować. Według mnie tak wygląda stopniowa dekadencja szachów, gdy podobne pomysły zaczynają się pojawiać i, o zgrozo, są brane całkowicie na poważnie.

 Z kolei Topałow uważa, że pokolenie jego trzyletniej córki, będzie ostatnim pokoleniem szachowych profesjonalistów na naszej planecie. Zakładając, że szachista kończy z grą profesjonalną gdzieś w okolicach 40 lat, nasz sport ma przed sobą jeszcze około 4 dekady.

Wszystko to nie tyle spędza sen z moich powiek – raczej ustawia mój pogląd na przyszłość szachów na stanowisku dość sceptycznym. Według mnie komputery drenują nasz sport, a szachiści nie mają sił by się temu przeciwstawić.

W Najdorfie czekają nas ostatnie rundy. Sytuacja jest bardzo zagmatwana. Prowadzi Efimenko z Ukrainy, jednak trudno powiedzieć, żeby mając pół punktu przewagi nad peletonem był liderem z prawdziwego zdarzenia. W tym turnieju do samego końca wszystko będzie się zmieniać jak w kalejdoskopie, stąd moje zainteresowanie ostatnimi rundami tych zmagań.