Borys Gelfand bohaterem

0
201
Sympatie jeśli chodzi o arcymistrzów czołówki światowej, rozkładają się różnie i nie do końca jestem pewien ilu czytelników się uśmiechnie, a ilu zmarszczy groźnie brwi, gdy powiem, że byłego pretendenta, Borysa Gelfanda, bardzo lubię.
 Spędziłem kilka tygodni obserwując go na żywo po kilka godzin dziennie w „Trietiakowce”, podczas walki o tytuł Mistrza Świata z „Vish’ym” Anandem, widząc jego pełną ekspresji grę, jak i w niedawno zakończonym turnieju pretendentów w Londynie. Myślę, że spokojnie możecie mnie tytułować pełnoprawnym członkiem „bandy Borysa Gelfanda” – kibicuję temu arcymistrzowi, gdyż podoba mi się jego energia, partie pełne „prądu”, bojowa natura, słowem lubię patrzeć jak żyje swoimi meczami. W tej szeroko pojętej ekspresji przebija go chyba Wasilij Iwanczuk, który, dla przykładu, dość interesująco zaczynał w Londynie swoje pojedynki. Po prostu odwracał się na obrotowym krześle plecami do szachownicy i czekał aż ucichnie zgiełk, który zawsze ma miejsce tuż po rozpoczęciu rundy. Trwało to niekiedy dobrych kilka minut. W Iwanczuku jest coś tak trudno uchwytnego – przynależącego tylko wielkim artystom, ludziom obdarzonym geniuszem – że nie mogę się do tych zachowań jakoś ustosunkować. Ten arcymistrz wymyka się mojej percepcji i nie potrafię napisać o tej głębokiej osobowości czegoś, czego będę w stu procentach pewien. Gelfand jest zdecydowanie bardziej „do ogarnięcia” z czysto psychologicznego punktu widzenia – cała jego paleta różnych reakcji za deską jest mi bardziej bliska – gdy patrzę na niego często uśmiecham się – podoba mi się jak „śpi” lub impulsywnie wychyla duszkiem cały stakan wody mineralnej, lub wisi nisko głową nad figurami. Dziś „Boria” dosłownie zdewastował Fabiano Caruanę, który do wczoraj cieszył się cenną wygraną nad aktualnym Mistrzem Świata. Za Gelfandem jestem tym razem jakby się kto pytał ;).
Kramnik do pewnego momentu grał wspaniałą partię z Hikaru Nakamurą, w pewnym momencie uzyskał nawet decydującą przewagę, a pozycja wymagała tylko jak to się mówi, być przy człowieku, jednak nastąpiła straszna katastrofa i to „Samuraj” dopisał sobie cały punkt w tabeli. Pojedynki Włodzimierza Kramnika są pełne dramatyzmu, jednak kończą się one dla niego bardzo źle. Jestem ciekawy, czy grający w Londynie świetne szachy Rosjanin, odbije się od dna w następnych pojedynkach. Anand w dzisiejszym pojedynku z Dimą Andreikinem w dalszym ciągu bez przekonania, nieciekawie, sucho i nudnawo, rzekłbym: byle ustać partię. Grając tego typu szachy daleko się nie zajedzie, a walka w obronie tytułu tuż, tuż. Zobaczymy czy tygrys bengalski przebudzi się w następnych spotkaniach…