Bartel wygrywa open w Biel!

0
179

Trwa wieczór z szachową elitą w Saint Louis. To prawda – ze względu na różnicę czasu nie każdy może sobie pozwolić na towarzyszenie najznamienitszym umysłom świata naszego sportu aż do późnych godzin nocnych. Niektórzy mają do pracy na 6.00, niektórzy wolą sprawdzić wyniki i retrospektywnie przejrzeć partie, są też i tacy, którym odpowiadają nocne godziny. Od kilku dobrych dni trwają w Polsce piekielne upały i tylko wieczory, a właściwie noce mogą dać niejakie wytchnienie od lejącego się z nieba, bezlitosnego żaru. Dziś mogę sobie pozwolić na jeden z ciekawszych wieczorów z szachami. Ciekawi mnie szczególnie – co zrobi Magnus Carlsen, który gra teraz z Karjakinem – nie chodzi mi konkretnie o ten mecz, choć też, chodzi mi o jego występ jako całość. Część za was zapewne nie orientuje się, że Wiking w tym roku nie wygrał jeszcze żadnego turnieju i jak na mistrza świata spisuje się zdecydowanie poniżej oczekiwań. Odnoszę wrażenie, że jego żywiołem są rapidy i blitz. On sam zdecydowanie opowiada się za tym tempem i choć nie mówi tego wprost, to daje się zauważyć, że szachy klasyczne, takie wielogodzinne batalie na „przesiedzenie”, na zamęczenie rywala, nie sprawiają mu tak wielkiej frajdy. Wydaje mi się, że Magnus tym długim, klasycznym tempem jest zwyczajnie znudzony.  W rapidach, blitzu, jakość jego gry praktycznie nie spada i jest to swoisty fenomen. Żeby grać blitza na poziomie klasyka, trzeba mieć intuicję, która niczym promienie RTG, potrafi prześwietlać ściany. Magnus będący czystym talentem, 24 – karatowym diamentem naszego sportu taką piekielną intuicję ma. Jednak po obronie tytułu aktualny rok nie jest w jego wykonaniu udany. Dlatego z ogromnym zaciekawieniem przyglądam się teraz jego grze.

Niestety, nie mogłem popatrzeć na zwycięski występ Mateusza Bartla w Biel ponieważ, zdaje się, nie było transmisji (prawda to, czy tylko ja nie potrafiłem jej znaleźć?). To był kapitalny występ naszego reprezentanta, który zdominował wszystkie zawody, które odbyły się w tym turnieju. Chciałoby się powiedzieć – cały Mat Bartel – idzie sobie dołem, niziną, meandruje sobie niczym Nida w Świętokrzyskiem, by nagle wystrzelić w kosmos nie wiadomo kiedy, nie wiadomo właściwie dlaczego, ku osłupieniu wszystkich. Skąd teraz taki wystrzał formy, gdy w niedawnych ME czołgał się a nie grał? Na te pytania nie ma odpowiedzi – taki jest właśnie ten gracz – potrafi odbudować się jak feniks z popiołów, zażegnać każdy większy kryzys. Mat Bartel jest pod tym względem niesamowicie witalny – inni szachiści gotowi są rozpamiętywać, analizować, zadręczać się – Bartel pakuje się, jedzie gdzieś, siada, gra i wygrywa. Bardzo się cieszę, że Mateuszowi udało się wreszcie przełamać – liczę, że to zwycięstwo znajdzie swoje odzwierciedlenie w następnych turniejach. Gratulacje Mateusz!! 

Sportowo Mateusz Bartel odkuł się tymi turniejami, mentalnie zapewne też – jednak całkiem niedawno spotkała go duża przykrość z decyzjami personalnymi naczelnego „Mata”. No bo jak facet ma się czuć – gdy do gazety, która była jego dzieckiem, której oddał tyle lat, kawał swojej duszy, zaproszono człowieka, który latami, z wielką pasją panierował w błocie znaczną część środowiska szachowego włącznie z nim samym? Ma mu prawo być przykro. Duża grupa szachistów ma prawo czuć się rozgoryczona. Sam przez dłuższy czas publikowałem w „Macie”, jednak nie czuję się aż tak pokiereszowany. W sumie i mnie takie coś mogło zaboleć, w końcu też byłem tego częścią – ludziom generalnie podobały się moje rozmowy, wielu specjalnie dlatego kupowało to pismo. Jednak, jakoś nie trafiło mnie to. Może wynika to z tego, że jedną z moich ważniejszych życiowych dewiz jest spodziewać się po ludziach wszystkiego najgorszego, a jeśli tak się nie dzieje, jestem mile zaskoczony in plus. To lekcja mojej śp. mamy – nie ufaj ludziom, ufaj tylko sobie – wtedy nic cię nie zaskoczy! (Pogląd generalnie zbliżony do stoicyzmu) Ale ja to ja – typ dość dziwny i za mną nie trafisz. Innym jednak może być w związku z tym bardzo nieprzyjemnie – ciekaw tylko jestem do czego to wszystko zmierza? Na chłopskie oko widać, że do niczego dobrego. Prośba – nie piszcie tu o tym wątku, nie międlmy tego w nieskończoność, dobra? Piszmy o szachach, które kochamy! Nie chcę się tym pierdolonym gównem zatruć do takiego stopnia, żebym w poszukiwaniu ogólnego zdrowia był zmuszony do powieszenia kłódki na tym moim kramie.  Zgoda moi mili?

Aleksander Ipatow, będący w szczycie formy i kariery sportowej rezygnuje z szachów i idzie na studia, a tę decyzję chwali Aleksiej Drejew. Ipatow, mający ukraiński paszport, grający dla Turcji w obszernym wywiadzie dla http://www.chess-news.ru/node/23523, podaje powody rezygnacji z profesjonalnych szachów.  Według Ipatowa, „życie jest zbyt krótkie, żeby tylko trwać przy szachach”. Dla Ipatowa najważniejsza jest jego przyszła rodzina, dlatego porzuca szachy bo nie jest pewien czy będzie w stanie dzięki szachom zapewnić jej godziwy byt. W ogóle cały wywiad ma mocno egzystencjalny wydźwięk – Ipatow ocenia, że mając 2659 elo nie będzie w stanie skutecznie rywalizować w openach o najwyższe nagrody, wszak szachy to niepewność, życie na walizkach itd. Pytanie jakie mi się nasuwa po przeczytania tego, bardzo ciekawego wywiadu z tym młodym, dojrzałym człowiekiem jest takie: co jest nie tak z naszym sportem, jeśli gość z pierwszej setki świata martwi się o pieniądze, byt? Człowiek wkłada w ten sport całą młodość, dzieciństwo, około 14 życia nie wstaje znad deski, by uświadomić sobie na końcu tej drogi, gdzieś na styku młodości z dorosłością, że może nie jest w jakiejś bezwyjściowej sytuacji, ślepym zaułku, ale w co najmniej mało satysfakcjonującym położeniu. Niektórzy pewnikiem zapytają o jaki standard życia Ipatowowi chodzi, w końcu mając prawie 2700 elo może niezłe pieniądze zarabiać na trenerce, analizach itp. Problemem jest to, że ilość czasu włożonego w dojście do tak wysokiego poziomu nie przekłada się na dobre, satysfakcjonujące pieniądze. Porównajmy sobie szachistę z 2650 z jego dość niejasnymi zarobkami, niepewnością co do każdego momentu jego kariery, ze stabilnością lekarza stomatologa, który po studiach może od razu zacząć zarabiać duże, a przede wszystkim pewne pieniądze. Jest różnica i to ogromna w statusie egzystencjalnym tych dwóch osób, w ich poczuciu bezpieczeństwa. Można oczywiście spróbować pofilozofować, że ryzyko jest wpisane w naszą kondycję, że o jakim bezpieczeństwie mówimy w końcu i tak umieramy, ale przecież nie o to chodzi. Ludzie chcieliby przynajmniej mieć iluzję poczucia bezpieczeństwa, stabilności, jednak jeśli jej nie dostają, czują się sfrustrowani. Ipatow nie pierwszy i nie ostatni ucieka z szachów. Pamięta ktoś takiego szachistę Negi Parimarjana – on też poszedł na studia mając ranking podobny do Ipatowa. Ipatow decyzji swojej nie żałuje – zamierza sprawdzić się w biznesie…
Magnus ogrywa swojego niedawnego rywala z NY, wygrywa też So. Ostatnia partia w Saint Louis: „Caro” ma na widelcu Aroniania – techniczna końcówka zdaje się jest wygrana, pewnie potrwa, ale czy Lewon zdoła to ustać?