„Autostopem nad Biebrzę”

0
234

Autostopem dotarłem już do Afryki i Azji. Na Europę też zarzuciłem skomplikowaną, misterną sieć krzyżujących się ze sobą tras – wschód, zachód, północ, południe, pośrednie kierunki świata, krzywe, proste, proste równoległe. Na „stopie” zawsze się dzieje – to jest niesamowite, jak różnych ludzi można spotkać. Różne miejsca, inne sytuacje życiowe…

 Z kim ja już nie jechałem na stopie. Pewnego razu, nie pamiętam dokładnie gdzie (zdaje się, że były to okolice Perpignan, południe Francji, rzut beretem od Barcelony) wiózł mnie pewnien wyznawca Voodoo. Włoch. Gorąc był taki, że myślałem, że zejdę śmiertelnie, nawet już nie kiwałem. Sam stanął i dał mi dwie pomarańcze. Właściwie to je wypiłem, nie zjadłem. Lało mi się po brodzie, a w trakcie rozmawiałem z nim dokąd chcę dojechać. Nie pasowało mi za bardzo, bo jechał zbyt krótki, odpowiadający mi odcinek, ale chciałem chociaż wystawić łeb za okno i żeby mi wiatr wiał w twarz. Całą drogę opowiadał mi o religii Voodoo, a włosy miał jak dyrygent orkiestry symfonicznej.

Pewnego razu, pod Madrytem, spotkało mnie zaćmienie Słońca – prawie całkowite. W tym czasie zatrzymał mi się na stacji benzynowej Kubańczyk. Puszczał z płyt salsę i całą drogę śpiewał tak szybko, że dziwiłem się, że mu język nie odpadnie. Słowa nie zamieniliśmy. On śpiewał, a ja próbowałem rozkminić mapę, gdzie wysiadać i gdzie dalej jechać.

Raz jechałem z profesorem filologii włoskiej, mieszkającym i wykładającym w Turynie, Baskiem z pochodzenia. Nie miał kciuka i był strasznie gruby. Był fanem Fernando Alonso. Właśnie miał się rozpocząć wyścig i zapytał mnie czy nie będę miał nic naprzeciwko, jeśli zatrzymamy się na jakiejś tankszteli, żeby obejrzeć zawody. Mówię mu – „Jasne! Stary, przecież mnie wieziesz, a mnie się nie spieszy, ja mam wakacje! Pewnie, że stajemy.” Stanęliśmy. Było mu głupio chyba, że spowolnił kurs bo kupił mi 3 San Miguele litrowe. Na koniec pod Barceloną chciałem mu postawić obiad za to, że taki kawał mnie podwiózł. Nic z tych rzeczy. Sam w jakimś małym miasteczku wyszukał knajpę i wydał na obiad z 50 euro. Masakra jakaś! Nie dość, że facet mnie wiezie to jeszcze obiad. Prawie się z nim poszarpałem przed kasą kto ma płacić. On i koniec. Niech będzie.

Jechałem raz z Turkiem. Leciał do Stambułu (tam gdzie ja) ale miał postoje i musiał w pewnym momencie odbić, żeby załadować tira. Kolacja w karawanseraju pod Kapitan Andreewo. Dalej już Turcja. Obsługiwała nas kelnerka z Kazachstanu. Ona znała i turecki i rosyjski. Dogadałem się wreszcie z nim. Powiedział, że mnie przewiezie przez granice i mi coś złapie na Stambuł. Rano zrobił mi wojnę, że mu śniadanie postawiłem za to, że mnie wiózł. Jak mogłem i w ogóle, jestem przecież jakby u niego. Za granicą czekałem z nim 15 min. i nagrał mi pewnego Kurda, który leciał na Stambuł. Cały czas coś do mnie gadał, a ja nic z tego nie rozumiałem. Częstował jabłkami, których wiózł w szoferce dwa worki.

Na granicy serbsko – węgierskiej zdjęli mnie serbscy pogranicznicy. Wyciągać wszystko z plecaka i paszport. ” Paszportu do ręki ci nie dam, popatrz sobie, a ja będę strony przewracał” – mówię do niego po polsku. Wyjmuję wszystko z plecaka, wyjmuję, a oczy mi lecą same na blachy aut co przejeżdżają – może ktoś z Polski i będzie mega – długi kurs? Kazał mi się pakować gdy dotarliśmy do przepoconych skarpetek i podkoszulek w zawiązanej reklamówce. ” No i co znalazłeś?” – pytam go po polsku, a on do mnie coś po serbsku. Nagle widzę polskie blachy – pytam się, czy to wszystko. Wszystko. Biegnę. Okazuje się, że samochód był na polskich numerach, a kierowca to komentator sportowy telewizji serbskiej. Płynnie mówił po polsku, bo był wysłannikiem telewizji serbskiej na Polskę. Pod Budapesztem mnie wysadził.

Kiedyś jechałem z pewnym Hiszpanem czerwonym BMW. Niska podłoga. Leciał autostradą 250 na godzinę dwoma palcami trzymając kierownicę. Super kurs niecałe dwie godziny, a ponad 300 km w kieszeni. Pruł do przodu ile fabryka dała.

Najdłuższy kurs? Idę terminalem na granicy hiszpańsko – francuskiej nagle słyszę „W życiu piękne są tylko chwile”. Podchodzę, stoi tir na polskich numerach. Pytam kierowcę gdzie jedzie. Do Tychów. Pytam dalej, czy by się nie dało przez granicę, potem jakoś sobie poradzę. Przewiózł przez granicę i do Polski też dowiózł. Jeszcze kazał wybierać jaką trasą -to ja, że chcę Lazurowe Wybrzeże, Monaco, Zatokę Lwią, Turyn, Wenecję, Wiedeń. Dobra. Mówisz, masz. Co pół godziny stawaliśmy nad malowniczymi zatokami na skarpach i gapili się na Morze Śródziemne. W jednym miejscu było tak pięknie, że darłem się jak wariat, a on tak  się śmiał, że musiał aż przykucnąć. Znał Ryśka Riedla, nie jeden raz pili do urwanego filmu. Miał jego wszystkie płyty w szoferce. Wszystko odsłuchaliśmy po drodze. W Czechach potężny obiad mu kupiłem za ten kurs.

Chyba się z głupim na rozumy zamieniłem wybierając termin wycieczki nad największe rozlewiska Europy, nad Biebrzę. Był początek marca, na ranem mróz, śnieg na polach leżał jeszcze. Chciałem zobaczyć bąka, łosia, gęsi zbożowe, i nowe gatunki brodzących. Śpiąc w namiocie dygotałem z zimna – nad ranem woda w butelce była zamarznięta na kamień. Do Goniądza dojechałem późnym popołudniem. Potem lokalnymi środkami komunikacji nad rzekę. Szedłem po pas w lodowatej wodzie w kierunku pewnej ambony, z której był świetny widok na łąki i meandrującą rzekę. Na patyku przewieszone buty, spodnie zdjęte, w samych spodenkach. Trzy godziny szedłem – żywego ducha, wreszcie dotarłem do gigantycznej ambony. Wdrapałem się na nią i czekałem, aż coś podejdzie, przyfrunie. Wreszcie po godzinie wpadłem na pomysł, żeby wejść na dach – może zwierzęta przyzwyczajone patrzeć tam gdzie się siedzi? Wdrapałem się na dach, słońce ładnie przygrzewało. Położyłem się na szczycie dachu, zwisając głową w dół. (Głową w dół? Względem czego? Zasadniczo w normalnej, stojącej pozycji, wszyscy zwisamy głowami w dół, w ogromną, międzygalaktyczną przestrzeń.) Na horyzoncie budowały się ładne cumulusy. Po jakimś czasie zwisania głową w dół, zobaczyłem spacerującą rodzinkę łosi. Klępę z dwoma młodymi. Słychać było chlupot ich nóg, brodzących w wodzie. Potem nadleciały gęgawy, bekasy… Nie zobaczyłem bąka, niestety. Usłyszałem go tylko z oddali. To tak jakby ktoś dmuchał powietrzem w jakąś wielką butlę. Świat do góry nogami…